Nienawiść. Mam z tym pewien kłopot

I choć dziś potrafię zrozumieć Psalmistę, to jednak moja nieustanna modlitwa pochodzi raczej od innego barda: „Chroń mnie Panie od pogardy. Od nienawiści strzeż mnie Boże"

Nienawiść

Andrzej Cichoń

Wychowałem się w dobrej rodzinie. Nie, nie było idealnie – jak zawsze, nawet wśród najbliższych – ale generalnie, z różnymi ułomnościami, wzajemnie się kochaliśmy. Od dziecka obracałem się w środowiskach bliskich Kościołowi i tu też nikt nigdy nie chciał niczyjej krzywdy. Takie mam przynajmniej osobiste doświadczenia. W szkole raczej należałem do tych grzeczniejszych, ale poza drobnymi incydentami nie pamiętam, by ktoś mi jakoś specjalnie dokuczał. Jedynym wrogiem, którego wtedy mogłem sobie wyobrazić, był wyimaginowany Niemiec podczas zabawy w wojnę na podwórku z kolegami. W latach 70. czy jeszcze 80. ubiegłego wieku, gdy wychowywani byliśmy na „Czterech pancernych”, nie było to nic dziwnego.

Potem, gdy sam (bo w polskiej szkole tego nie uczą do dziś) odkrywałem piękno historii Śląska, gdzie żyję, szybko nauczyłem się, że Niemcy też mogą być przyjaciółmi. I tu byłem, i jestem do dziś dumny z postawy polskich biskupów, z bp. Kominkiem na czele, którzy pomimo grozy II wojny światowej potrafili wyciągnąć ręce w geście pojednania, ze słynnym hasłem „Przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Jednocześnie fascynował i fascynuje mnie fakt, że Śląsk, który przez ponad sześćset lat nie był związany z Polską, może czerpać dobre wzorce nie tylko z dzisiejszej przynależności państwowej, ale również z Czech i Niemiec. Taka podbudowa jest dla mnie skuteczną szczepionką przeciwko wszelkim nacjonalizmom.

***

Wracając do mojej osobistej historii, gdy stałem się dorosły i założyłem swoją rodzinę też nie miałem powodów, by czuć się wrogiem kogokolwiek. Również w sferze zawodowej przez trzydzieści lat pracy miałem sporo szczęścia. Oczywiście, jak to w kontaktach z ludźmi, bywa różnie. I choć zawsze pracowałem w korporacji, o których słyszy się niestworzone rzeczy, nigdy nie miałem jakiegoś większego powodu do narzekań. Choć jestem od wielu, wielu lat na kierowniczym stanowisku, nigdy nie musiałem brać udziału w „wyścigu szczurów”. Jeśli nawet zdarzył się ktoś mniej życzliwy, to jakoś koniec końców albo znaleźliśmy nić porozumienia, albo nasze ścieżki przestały się krzyżować.

Nie wykluczam, że ktoś gdzieś ma do mnie jakiś żal. Ja też gdy patrzę dziś wstecz potrafię wymienić kilka osób, z którymi nie chciałbym w przyszłości współpracować lub w ogóle wolałbym ich nie spotkać. Generalnie jednak poza tymi pojedynczymi przypadkami miałem i mam wokół siebie duże grono osób życzliwych.

Dlaczego o tym piszę? Bo, jak widać, nie mam życiowego doświadczenia w obliczu wrogów. 

***

A tak mi się zdarzyło, że w pewnych okolicznościach właśnie zawodowych, przyszło mi borykać się z postawą ludzi, którzy – jak się przekonuję od wielu już miesięcy – chcą mnie osobiście oraz mój zespół doprowadzić do swego rodzaju katastrofy. Bywamy poniżani, traktowani niesprawiedliwie, kwestionowane jest nasze doświadczenie, umiejętności i profesjonalizm. Nie żyje się z tym łatwo szczególnie, że patowa sytuacja trwa od dłuższego czasu i końca nie widać. Ma to z pewnością duży wpływ na naszą psychikę i nie tylko.

A ja się od dłuższego czasu zastanawiam nad sytuacją, która mnie dotyka, również przez pryzmat wiary. Bo z jednej strony nie jest mi obcy gniew, frustracja czy złość. Z drugiej zaś (choć nie znam prywatnej strony życia moich wrogów) umiem sobie wyobrazić, że oni również jak ja, co niedzielę chodzą do kościoła i wiara nie jest im obca. Oczywiście równie dobrze może być inaczej. Być może chrześcijańskie spojrzenie na życie jest im zupełnie obce. Obie opcje są możliwe. 

Niezależnie od tego, muszę się przed wrogiem bronić. Muszę bronić siebie i mój zespół. Jestem więc czasem równie niemiły, jak moi oponenci i mam czelność wyrażać swoje zdanie. Choć staram się nie przekraczać pewnego poziomu, czasem w emocjach nie jest to łatwe. Mam świadomość, że popełniamy błędy i chętnie się do nich przyznam przy partnerskim traktowaniu. Tu jednak, gdzie „z igły robi się widły”, będę bronił dobrego imienia firmy, dla której pracuję. I będę wykorzystywał w obronie siebie każdą możliwość, by wykazać brak dbałości o projekt po drugiej stronie. Również z pomocą prawników.

***

Od strony wiary, zanurzony w tej trudnej sytuacji, dużo się modlę. Polecam rozwiązanie Panu Bogu. Polecam mu siebie i mój zespół. Ale modlę się też za wrogów. I nie jest to modlitwa z Psalmu 109: „Niech dni jego będą nieliczne, a urząd jego niech przejmie inny! Niechaj jego dzieci będą sierotami, a jego żona wdową!” No, może pod częścią dotyczącą urzędu, podpisuję się obiema rękami.

I choć dziś potrafię, chyba pierwszy raz w życiu, zrozumieć Psalmistę, to jednak moja nieustanna modlitwa w tej sytuacji pochodzi raczej od innego barda: „Chroń mnie Panie od pogardy. Od nienawiści strzeż mnie Boże”

Jeśli więc dziś komuś dalej wrogiem jest Niemiec (bo nie wyrósł jeszcze z „Czterech pancernych”). Albo nagle Ukrainiec, bo tak spodobało się politykom. Jeśli komuś wrogiem jest ten z tej drugiej partii. Jeśli jest nim kontrahent, sąsiad, a nawet ktoś, kto kiedyś był bliski. To dziś już potrafię sobie wyobrazić, że ma się wroga albo jest się wrogiem dla kogoś. 

Co wtedy robić? Może trzeba się po prostu modlić: „Od nienawiści strzeż mnie Boże”.

***

Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.