Nie potrafię modlić się za Ojczyznę, gdy modlitwa ma znamiona walki z wrogami. Nie wyobrażam sobie Eucharystii, która nie jest wezwaniem do komunii.

Nic o polityce

Andrzej Cichoń

Dla mnie to, że wiary i religii nie można wykorzystywać do polityki jest tak oczywiste, jak Boże Przykazania. Jak Przykazanie: „Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną”.

Dla mnie to, że wiary i religii nie można wykorzystywać do polityki jest tak oczywiste, jak Ewangelia. Jak Ewangelia, gdy Jezus mówi: „Oddajcie więc cezarowi, co cesarskie. A Bogu, co boskie”.

Czy to oznacza, że wiara i religia się ze sobą nie przenikają? Przenikają. W życiu każdego z nas i w życiu społecznym. 

***

Indywidualnie pierwsze skrzypce gra tu sumienie. Sumienie ukształtowane przez moją wiarę pozwala mi dokonywać w życiu wszelkich wyborów, w tym wyborów politycznych. Sumienie też pomaga mi oceniać zachowania polityków, ich deklaracje, rzeczywiste poczynania i skutki ich pracy, niezależnie od tego do jakich ugrupowań przynależą. I sumienie chroni mnie przed wrzucaniem wszystkich i w każdej sytuacji do jednego worka, niezależnie od etykiety do niego przyklejonej. Ośmielę się powiedzieć, że tylko człowiek bez sumienia aprobuje wszelkie poczynania „swoich” i przekreśla wszystkie działania „tych drugich”.

W życiu społecznym wiara i religia przenikają się między innymi na poziomie instytucji. Z jednej strony państwo winno zapewniać wolność religijną, swobodne wyznawanie wiary, działalność kościołów i związków wyznaniowych. Z drugiej – duchowni mają prawo wyrażać swoje stanowisko również w sprawach dotyczących rządzących i rządzonych. Idealnie jest wtedy, gdy w części działań społecznych państwo i organizacje religijne się wzajemnie uzupełniają. Tak bywa na przykład w zakresie kwestii charytatywnych, kultury, sztuki, historii, dbania o zabytki.

W praktyce zachowanie idealnej harmonii między tym, co boskie, a tym, co cesarskie, jest niezwykle trudne. Boleśnie tego doświadczamy u nas w Polsce.

***

Niespecjalnie dziwi, że politycy nieustannie próbują wykorzystać do swoich celów wiarę ludzi, ich religijność oraz wpływy w Kościele instytucjonalnym. Będą więc udowadniać, że Bóg jest po naszej (ich) stronie, że wiara wymaga głosowania na naszą (ich) partię. Będą zapraszać biskupów i księży na swoje wiece polityczne, opakowane nieraz w pobożnościową otoczkę. Zresztą, to nie tylko polska specjalność. Wystarczy spojrzeć na prezdynta Donalda Trumpa oraz jego katolickiego wiceprezydenta J.D. Vance’a. 

To natomiast, co dziwi, to fakt, jak bardzo – jako ludzie wierzący i jako Kościół – dajemy się w tę pułapkę wciągnąć. By skorzystać z powyższego przykładu. W pierwszym odruchu, gdy zobaczyłem zdjęcie duchownych modlących się nad Trumpem, byłem przekonany, że to grupa wszelkiej maści amerykańskich Protestantów. Nie mieściło mi się w głowie, że to mogą być katoliccy biskupi. Późniejsze tłumaczenie, że spotkanie dotyczyło spraw ważnych dla Kościoła, takich jak wolność religijna, ochrona życia, sprawy wizowe oraz przepisy imigracyjne, a modlitwa była prywatna, niczego już nie zmieniła. Trump pięknie ich wykorzystał w swojej kampanii politycznej. Ktoś zdziwiony?

***

Wracając na polskie podwórko. W ostatnich dniach mamy kolejne przesilenie związane z Trybunałem Konstytucyjnym. Nie czas i miejsce opisywać kwestie prawne czy polityczne. Dość powiedzieć, że jest to kolejna okazja dla polityków, by polaryzować społeczeństwo, w myśl starożytnej zasady: „dziel i rządź”. 

W zaistniałej sytuacji w trybie pilnym zebrała się Rada Stała Biskupów, która przedstawiła swoje stanowisko. Poza wezwaniem do modlitwy – co oczywiste – czytamy: „W trosce o dobro Ojczyzny i spokój społeczny wzywamy ponownie o nieeskalowanie konfliktu, podjęcie konstruktywnego dialogu, pokojowe rozwiązanie wszelkich trudności, porzucenie uprzedzeń i działań siłowych! Wszystkim stronom konfliktu potrzebne są dary roztropności, pokory i odpowiedzialności”.

Mądre i ważne to słowa. To, co martwi to obserwacja, iż niestety wiele środowisk z publikującymi księżmi, katolickimi redakcjami oraz politycznie zaangażowanymi świeckim niewiele sobie z tych słów robi. Albo wpisują w nie treści, które są im potrzebne do własnych ideologicznych manifestacji. Zamiast więc nastroje uspokajać, zaogniają postrzeganie rzeczywistości. Bo przecież – jak zawsze – to my mamy rację, nie oni. 

Najgorsze jest jednak, gdy moi współwyznawcy (w tym duchowni) próbują w politykę angażować moją wiarę. Nie potrafię modlić się za Ojczyznę, gdy modlitwa ma znamiona walki z wrogami. Nie potrafię trzymać w dłoni różańca w przeciwnym geście niż słowa „módl się za nami grzesznymi”. Za nami! Nie wyobrażam sobie Eucharystii, która nie jest wezwaniem do komunii, do wspólnoty z wszystkimi, za których Jezus umarł na krzyżu i dał Życie przez Zmartwychwstanie.

***

Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.