Edukacja zdrowotna religijnie

List Pasterski KEP pod tytułem „Wspólnota nadziei” w swej treści nie tylko nie ukierunkowywał na nadzieję, ale trudno w nim znaleźć jakikolwiek pomysł na zaistniałą sytuację.

Moja Szkoła Podstawowa wówczas im. Waryńskiego przy ul. Engelsa

Moja Szkoła Podstawowa wówczas im. Waryńskiego przy ul. Engelsa / Andrzej Cichoń

Nowy rok szkolny zaczął się pod dyktando dwóch kwestii: wprowadzenia nowego przedmiotu edukacja zdrowotna i ograniczenia do jednej godziny lekcji religii.

Sam należę do pokolenia, które całą edukację na poziomie podstawowym i średnim odebrało w czasach socjalizmu. Wszystkie lekcje religii miałem w salkach przy parafii. Jak było? Bardzo różnie. Do wczesnej komunii przygotowywała nas siostra zakonna. Robiła to wspaniale, z wielką miłością do nas, maluszków. Dopiero po latach dowiedziałem się, że nie była wprost katoliczką, bo pochodziła z zakonu unickiego, rozwiązanego przez komunistów. Potem, w podstawówce prowadziły nas katechetki świeckie lub księża. Generalnie otrzymałem solidne religijne wykształcenie. Pamiętam jednak też, że chyba w siódmej klasie mieliśmy bardzo sympatycznego wikarego. Z nim na każdej religii było dużo śmiechu, wygłupów i różnych opowiadań, za to brakło jakiejkolwiek treści katechezy. Na koniec tylko ksiądz dyktował temat lekcji, której de facto nie było. I tak przez cały rok.

Dlaczego o tym wspominam? Bo jestem przekonany, że jakość lekcji religii nie zależy od miejsca. Za to bardzo zależy od katechetów.

Czy podobnie nie będzie z edukacją zdrowotną? Jej jakość, sposób przekazywania, a nawet przekazywane wartości w dużo większym stopniu będą zależeć od nauczycieli niż od ministerialnych zapisów.

***

Pozwolę sobie ponownie wrócić do własnych licealnych doświadczeń sprzed lat. Proszę sobie wyobrazić, że o Katyniu w latach 80. ubiegłego wieku opowiadała nam nasza wspaniała Pani Profesor z historii. Tak, mogła za to wylecieć z pracy. Ale myśmy wiedzieli, że tym cośmy w tym dniu usłyszeli, nie należy się chwalić. Chyba w czwartej klasie wprowadzono nam nowy przedmiot: religioznawstwo. W zamyśle tęgich głów z PZPR miało nam to pewnie pomóc zostać ateistami. Jednak te lekcje również prowadziła nasza pani z historii. Zanim religia po latach wróciła do szkół my już wtedy śmialiśmy się, że mamy religię z siostrą Pelagią (bo tak historyczka miała na imię) na dole w salce, czyli w pracowni historycznej. Podczas licealnej wycieczki do Warszawy byliśmy (wtedy) na grobie ks. Popiełuszki. Autokar stanął gdzieś dalej, a nasza Wychowawczyni przed wyjściem z niego, kazała nam pod kościół na Żoliborzu iść indywidualnie. I jakby co, nie przyznawać się skąd jesteśmy.

***

Dobrze, wróćmy do współczesności.

Wbrew stanowisku Episkopatu Polski, w sposób uwłaczający demokratycznym standardom, bez solidnych konsultacji społecznych, w szybkim trybie, bez możliwości zadbania o interesy nauczycieli religii, Ministerstwo Edukacji ograniczyło lekcje religii do jednej godziny tygodniowo. Stało się. Co w związku z tym?

List Pasterski KEP pod tytułem „Wspólnota nadziei”, odczytywany w parafiach w niedzielę 7 września, w swej treści nie tylko nie ukierunkowywał na nadzieję, ale trudno w nim znaleźć jakikolwiek pomysł na zaistniałą sytuację. W komunikacie po spotkaniu Komisji Wychowania Katolickiego KEP opublikowanym kilka dni później „mocno akcentuje się potrzebę wzmocnienia katechezy parafialnej”. Może się mylę, ale nie jestem pewien, czy tu jest co wzmacniać. Raczej trzeba budować od początku. Zresztą prace nad wytycznymi dla katechezy parafialnej trwają – i bardzo dobrze. Jest szansa, że za rok będą mogły być wdrażane.

Na marginesie tylko dodam, że równolegle trzeba się zastanawiać nad systemem finansowania katechezy parafialnej. Czasy się zmieniły. Dziś już nikt nie będzie uczył za „Bóg zapłać” lub na czarno. Czy ktoś o tym myśli?

Na dodatek mamy kolejną wojnę ideologiczną w związku z wprowadzeniem edukacji zdrowotnej. A wojna, jak to wojna – nikomu nic dobrego nie przynosi. Można tych drugich odsądzać od czci i wiary. Można rzucać kłamstwami i oszczerstwami – czego to nie można przeczytać lub usłyszeć, co to niby będzie się teraz młodym ludziom wtłaczać do głowy. Nawet wstyd powtórzyć. Komu to pomaga? Ani społeczeństwu, ani uczniom, ani nam – Kościołowi. I tu wracam do moich doświadczeń sprzed lat. Czy to nie byłby dobry pomysł, żeby do prowadzenia lekcji edukacji zdrowotnej zgłaszali się gremialnie… nauczyciele religii? 

Taki przewrotny pomysł przyszedł mi do głowy. Rozwiązałby wiele problemów, które pojawiły się 1 września tego roku w naszych szkołach.

***

Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.