Co robimy nie tak?

Powtórzę jeszcze raz: te erzace ludzie kupują. My zaś w Kościele mamy do zaoferowania pełen pakiet. Co więc robimy nie tak?

Bazylika Grobu w Jerozolimie. Foto: Andrzej Cichoń

Mamy „do sprzedania” najlepszy news świata w jego całej historii. Mówimy o rzeczach najważniejszych, dotykających każdego człowieka bez wyjątku. Nie ma nikogo, absolutnie nikogo, kogo ta wiadomość by nie dotyczyła.

Twierdzimy, że głosimy Dobrą Nowinę, a… niewielu chce słuchać. Czy ludzi naprawdę to nie obchodzi?

W TV lecą kolejne reklamy. Wspaniałe wakacje w tropikach. Przez półtora tygodnia poczujesz się, jak w raju. Preparat przeciwzmarszczkowy, kolagen – coś tam, lśniące zęby, itd. spowodują, iż będziesz wyglądał dziesięć lat młodziej. Ćwiczenia na siłowni, poranne biegi, joga albo suplementy diety i lekarstwa dadzą ci poczucie, że będziesz zdrowszy, sprawniejszy i bardziej zadowolony z życia. Później jeszcze można zobaczyć film ze współczesną bajką o Kopciuszku, gdy nieszczęśliwa, biedna i skrzywdzona przez życie spotyka swojego księcia, z którym potem żyje długo i szczęśliwie.

Można takich przykładów wymieniać w nieskończoność. Wszyscy też wiemy, że ludzie to kupują. Wiemy, bo i sami z tych zachęt korzystamy, nawet jeśli mamy świadomość, że żadna pigułka nie wyleczy grypy w kilka sekund po jej zażyciu, jak chciałaby uśmiechnięta pani z telewizyjnej „apteki”. A film to tylko film, choć potrafi wzruszyć.

A przecież wszystkie te reklamy sprzedają… zbawienie.
Tylko, że takie na raty, trochę jako namiastka i tak nie do końca.

***

Powtórzę jeszcze raz: te erzace ludzie kupują. My zaś w Kościele mamy do zaoferowania pełen pakiet: Raj na zawsze, wieczną młodość, absolutne szczęście, spełnienie, zadowolenie, brak cierpienia, poczucie wzajemnej miłości bez granic i królestwo: Królestwo Boże. Co więc robimy nie tak? Dlaczego nasze głoszenie nie porywa? Czemu ludzie nie korzystają z najlepszej promocji, jaka daje Kościół?

Nie wiem, może to kwestia wieku, może taki moment mojej drogi wiary, ale dziś, gdy idę do kościoła i zaczyna się homilia, mam tylko jedno oczekiwanie w stosunku do kaznodziei: niech mi głosi Dobrą Nowinę. Dosłownie. 

Nie potrzebuję słyszeć z ambony jakiejkolwiek polityki ani ideologii – choćby najbardziej słusznej. Mamy tego dość wszędzie wokół. Nie po to chodzę na Eucharystię, by wieść spory z innymi czy utwierdzać się we własnych zapatrywaniach. Od zawsze jestem przyzwyczajony, że w kościele słyszę nauki moralne. Oczywiście przykazania, ich rozumienie, zachęta do przestrzegania są bardzo ważne i trudno od nich uciec. Obawiam się jednak, że etyka chrześcijańska czasem przesłania wszystko. Zbawienie jako dar pozostało na poziomie formułki. Jednak to ty człowieku przede wszystkim musisz się dobrze prowadzić, musisz się nawrócić (cokolwiek to oznacza), nie grzeszyć i robić wszystko, by dojść do nieba.

A ja, ale myślę, że i inni ludzie, potrzebujemy Dobrej Nowiny: Bóg mnie wymyślił i stworzył, jako swoje arcydzieło. Kocha mnie do szaleństwa, do szaleństwa krzyża. Zwyciężył dla mnie śmierć przez swoje zmartwychwstanie, by mnie obdarzyć zmartwychwstaniem. Wszystko mi daje za darmo, bez jakiejkolwiek mojej zasługi. Nie muszę na nic zapracowywać. Serio. Mogę po prostu Boży dar przyjąć, mogę się tym darem – Jego obecnością zachwycić i w tej wdzięczności żyć. Mogę Go odkrywać w Kościele, wśród ludzi, w świecie…

Dobrą Nowinę mi głoście, bardzo proszę.
Dobrą Nowinę głośmy.

***

Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.