Mamy nowy rok duszpasterski. Nie wiem, kto – poza stosunkowo wąską grupą zainteresowanych – wie jakie jest hasło i cele takiego roku… Bo w zasadzie przecież nie ma faktycznej formacji czy spotkań, które by temat pogłębiały. Hasło roku 2026 brzmi: Uczniowie Misjonarze. W domyśle – skupiamy się na tym, aby wierni pogłębili swoją tożsamość chrześcijańską i stali się żywymi świadkami wiary.
Pojawia się pytanie, to kto ma to robić? Kto faktycznie chce się spotkać, by – jak to się u nas ładnie mówi – pochylić się nad tematem? Kto z biskupów, proboszczów czy może katechistów (podobno są tacy) jest gotowy, aby na nowo przypomnieć sobie, jak to jest być uczniem Jezusa? Jak to jest iść za Nim faktycznie, jako uczeń, i głosić Ewangelię ubogim, odrzuconym, zagubionym, niezainteresowanym czy obojętnym?
Wszak spora część inicjatyw duszpasterskich skupia się na pytaniu: co zrobić by ONI do nas przyszli.
Chociaż jeśli już przychodzą, to ten fakt też może stać się problemem. I trzeba przepraszać biskupa za owo przyjście. Bo przyszli nie tacy, co by sobie ów biskup życzył. Pokazała to bardzo wyraźnie tzw. Pielgrzymka z Obrzeży Kościoła, gdzie ludzie z bardzo różnych środowisk spotkali się na Jasnej Górze. Ponieważ chcieli czuć się w Kościele zauważeni i wysłuchani.
Pomysł bardzo straszny
Myślę sobie: po co ogłaszać kolejne hasła duszpasterskie, kiedy nie widzimy ani faktycznych potrzeb ludzi, ani ich samych w ich nieraz skomplikowanej sytuacji. Uczeń misjonarz to ten, który wychodzi do innych. Jest uważny i czuły. Głosi Słowo Boże i nie dokonuje selekcji na tych, co mogą go słuchać i na tych, co nie mogą. Nie skupia się na tym, ilu ludzi do niego przyjdzie, ale na tym, do ilu on trafi.
Jezus wyraźnie powiedział, że przyszedł szukać tych, co zginęli. Szukać zagubionych i poranionych. A uczniowie mają go naśladować. I faktycznie – ci pierwsi uczniowie oddali swoje życie, bo nakaz wypełnili radykalnie. A dziś? Z pałaców biskupich i rezydencji niewiele widać i słychać. Może dlatego ten i ów czuje się zgorszony czy oburzony. Brak odwagi do spotkania z ludźmi rozwija miłość własną…
Uczniowie misjonarze. Jakby to było pięknie, abyśmy faktycznie opuścili nasze katolickie bańki i poszli – zwyczajnie – spotkać się z tymi, których na codzień albo nie widzimy, albo obgadujemy. Z drugiej strony, to pomysł bardzo straszny. Grozi spotkaniem z Bogiem żywym, a nie tym z naszych wyobrażeń.
A może jednak spróbować?
***
Sięgnij do innych tekstów autorki.
Jeśli podoba Ci się nasz portal i chcesz, żeby dalej istniał i się rozwijał możesz nas wesprzeć wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

Łączę teologię z kulturoznawstwem. Działam na styku religii, kultury, cywilizacji. Ciekawi mnie to co nowe, co zmienne, co wykracza ponad standardy. Szukam i pozwalam się znaleźć.
