Kościół od początku swojego istnienia skierowany był na relacje. Z Bogiem, z innymi czy ze sobą samym. Wierzyliśmy i wierzymy, że spotkanie z drugą osobą może stać się początkiem nawrócenia lub przemiany duchowej.
Uczniowie i uczennice Jezusa wciąż szukali i szukają nowych możliwości by światu przekazać Dobrą Nowinę. Kiedyś powstawały zakony kierujące swoje przesłanie do określonych grup społecznych – pogan, dzieci, chorych, niepełnosprawnych, umierających. Ale też do niewolników, prostytutek czy pracowników wielkich fabryk. Do dzisiaj członkowie różnych wspólnot kościelnych szukają ludzi w ekstremalnych miejscach – zakazanych dzielnicach, więzieniach czy dworcach. Czemu? Bo wierzą, że bezpośredni kontakt, potraktowanie kogoś z godnością i wrażliwością ma moc przemiany. Wierzą, że w tych ludzkich spotkaniach jest też obecny Miłosierny i Kochający Bóg. A On jeden ma moc wyrwania człowieka z najgorszej nawet otchłani i nieszczęścia.
Do wszystkich chętnych
Czemu o tym piszę? Bo pojawił się nowy trend – szukanie ludzi w przestrzeni medialnej, by im nieść Dobrą Nowinę. Nie ma tu już bezpośredniego spotkania czy wejścia w relację z konkretnym człowiekiem. Słowa skierowane są do wszystkich ewentualnych chętnych czy poszukujących. Księża, siostry zakonne czy świeccy próbują, niczym influencerzy, oferować Ewangelię i duchowość. A to przez udział w muzycznym show, a to przez budowanie swojej sylwetki i sport czy – co już jest jednak niezrozumiałe – próbę założenia profilu na portalu zdecydowanie dla tzw. dorosłych. Ponieważ to ostatnie się nie udało, pomysłodawca postanowił wziąć udział, za zgodą przełożonych, w reality show, w którym cenne są takie umiejętności jak manipulacja czy kłamstwo. I to wszystko dla dobra i zbawienia dusz.
Czy mi to przeszkadza? Nie jestem fanką takich rozwiązań, ale jakoś nie. Czy uważam, że jest to dobry pomysł? Zdecydowanie nie. Spotkanie ze wszystkimi to tak naprawdę spotkanie z nikim. Słowa wypowiadane do wszystkich to słowa do nikogo. Nie ma relacji i więzi. W centrum nie jest Bóg, ale mimo wszystko człowiek. Który z samego siebie zrobił produkt i próbuje go teraz sprzedać.
Nie rozumiem tego entuzjazmu. I nie rozumiem jakie dobro wynika z udziału tego czy owego katolika w programie, który nastawiony jest na sztuczne dostarczanie dopaminy bliźnim. Nie da się głosić Boga trując innych. Nie wierzę, że takie działanie spowoduje większe przemiany duchowe. Co najwyżej ktoś powie: fajny ksiądz. Ale czy dokona się w takiej przestrzeni i warunkach głębokie i uzdrawiające spotkanie? Czzy ostanie trwała relacja lub wsparcie konkretnych osób?
Bóg przedrze się i przez reflektory… Tylko czy faktycznie dlatego, że takie metody są dobre czy po prostu dlatego, że Bóg jest dobry? On kocha nawet zdrajców.
***
Sięgnij do innych tekstów autorki.
Jeśli podoba Ci się nasz portal i chcesz, żeby dalej istniał i się rozwijał możesz nas wesprzeć wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

Łączę teologię z kulturoznawstwem. Działam na styku religii, kultury, cywilizacji. Ciekawi mnie to co nowe, co zmienne, co wykracza ponad standardy. Szukam i pozwalam się znaleźć.
