Komu ufać?

Osoby publiczne, które wiedzą, że ich słowa i czyny inspirują innych, muszą liczyć się z tym, że ktoś zapyta, dlaczego się to skończyło. I że jakąś część informacji powinien uzyskać.

Ostatnie dni przyniosły informację o – kolejnym już – odejściu z zakonu i ze stanu duchownego znanego zakonnika. Mnie osobiście także ta informacja dotknęła, jako że zdarzało mi się czasem go słuchać lub czytać. Wiemy tylko, że najpierw zawieszono jego publiczną działalność, a potem, że odszedł i zakon nie ponosi już za niego odpowiedzialności.

Oczywiście – odejścia się zdarzają. A ludzie nie muszą być informowani o prywatnym życiu kogokolwiek. Ale uważam, że o powodach zawieszenia już tak. Inaczej zostają domysły, które nigdy nie są zdrowe, wywołują zamieszanie i plotki. Jeśli wspólnota wiele lat czerpała korzyści z działalności danej osoby staje się też po części odpowiedzialna za tych, którzy zdążyli mu zaufać. Prawda, nawet trudna, jest bardziej uzdrawiającą niż plotka. Zakaz publicznej działalności dla kogoś, komu wiele lat na taką działalność pozwalano, wspierano ją i odcinano kupony od jego popularności, to nie jest nic nieznaczące wydarzenie.

Razem tworzymy wspólnotę

Osoby publiczne, które doskonale wiedzą, że ich słowa i czyny inspirują innych do działania, muszą liczyć się z tym, że ktoś zapyta, dlaczego się to skończyło. I że jakąś część informacji powinien uzyskać. To także wymiar odpowiedzialności za siebie nawzajem w Kościele. Bo razem tworzymy wspólnotę, z założenia mającą się wspierać na drodze do zbawienia. We wspólnym dążeniu do świętości. Po tych, którzy odchodzą zostaje jakaś wyrwa, pustka i żal. Coś, co wymaga uzdrowienia, modlitwy, procesu leczenia. Jesteśmy połączeni nie tylko ludzką sympatią, ale i więzami duchowymi. Odejście lub upadek jednego rezonuje w całej wspólnocie.  

Wreszcie: ludzie dorośli, którzy zadają pytania o powody odejścia jakiegoś ich autorytetu to nie małe dzieci, które trzeba chronić przed prawdą. Czasem przełożeni różnych wspólnot boją się „zgorszenia”. Nie zauważając, że większym zgorszeniem, niż kawałek prawdy, jest milczenie. Lub umycie rąk, bo ktoś, poprzez swoje odejście, jest już „nie nasz”.

Co zrobić z zawiedzionym zaufaniem? Z pytaniami, na które nie ma odpowiedzi? Pozostaje na nowo zaufać Bogu. On doskonale wie, że żaden człowiek nas nie zbawi. Szukać Boga na modlitwie. Jemu stawiać pytania. Prosić o pokój serca i przekonanie, że On jeden jest w stanie odnaleźć kiedyś każdego z nas.

***

Sięgnij do innych tekstów autorki.

Jeśli podoba Ci się nasz portal i chcesz, żeby dalej istniał i się rozwijał możesz nas wesprzeć wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.