Dla Boga i dla ludzi

Lubię określenie: uczennica. Pozwalam Jezusowi się prowadzić, ale i staram się odrabiać lekcje z człowieczeństwa. I chrześcijaństwa.

Minął już Światowy Dzień Życia Konsekrowanego, obchodzony tradycyjnie w Święto Ofiarowania Pańskiego. Media społecznościowe wypełniły zdjęcia uśmiechniętych sióstr zakonnych, zakonników, ewentualnie dziewic konsekrowanych w białych sukniach. Siostry, niestety czasem bardzo „zakonnym” i sztucznie ugrzecznionym głosem opowiadały, jak pięknie jest być wybranym przez Boga i służyć Mu. Cieszę się, jeśli faktycznie tak myślą i tym żyją.

Czasem można z tej okazji natknąć się na wypowiedzi mówiące, że kobieta konsekrowana to Oblubienica Chrystusa. I taka narracja jest moim zdaniem nie do końca szczęśliwa… Bo kim w takim razie jest konsekrowany mężczyzna? Bo przecież na pewno nie oblubieńcem. W ujęciu biblijnym oblubienicą Jezusa jest Kościół. Tych, którzy Go naśladują Jezus nazywał przyjaciółmi. Tradycja chrześcijańska posługiwała się też określeniem uczeń, uczennica, brat czy siostra.

Wśród osób konsekrowanych są też członkinie mojej wspólnoty. Nie mamy habitów, klasztoru ani sukni ślubnych podczas naszych ślubów. O nas i o innych członkiniach wszelkich instytutów życia konsekrowanego czy stowarzyszeń wiernych mówi się mało. Albo wcale. Wiadomo, że gdzieś są. Część nie chce ujawniać swojej tożsamości, część nie ma też takiej potrzeby. Jest to zresztą powołanie „pogranicza” – i w świecie, i trochę poza nim. Z Bogiem, ale im bardziej z Nim, tym bardziej z ludźmi. 

Uczennica

Gdy pytałam członkiń mojej wspólnoty, czym jest dla nich życie radami ewangelicznymi, to bardzo mocno wybrzmiał realizm. Bycie tu i teraz. Razem ze światem i jego ubogimi. Bez uważania się za kogoś lepszego czy wybranego. To szczere patrzenie na swoje śluby. To, co mam należy też do innych. Ubóstwo. Uczę się słuchać i nie jestem mądrzejszy niż Kościół – posłuszeństwo. I moim wyborem w relacji jest Bóg – kocham innych i jestem wierna Jemu. Bóg nas powołał, ale i my świadomie uczestniczymy w tym wyborze. Nie tłumaczymy wszystkiego Jego wolą. 

Osobiście lubię określenie: uczennica. Pozwalam Jezusowi się prowadzić, ale i sumiennie staram się odrabiać lekcje z człowieczeństwa. I chrześcijaństwa. Wiara jest większa, niż przynależność etniczna czy krąg kulturowy, w którym się wyrosło. 

Może warto trochę „odmistycznić” powołanie do życia radami ewangelicznymi. Może zmiana języka, uwolnienie się od przekonania, że takie powołanie jest czymś lepszym, świadomość, że wszyscy jesteśmy przyjaciółmi Jezusa pomogłoby uniknąć sytuacji przemocowych w wielu wspólnotach. Czego naprawdę bym sobie życzyła. 

Nie ma nic gorszego niż ci, którzy mają być dla siebie siostrami i braćmi stają się oprawcami… i to rzekomo w imię Boga i Jego Ewangelii.

***

Sięgnij do innych tekstów autorki.

Jeśli podoba Ci się nasz portal i chcesz, żeby dalej istniał i się rozwijał możesz nas wesprzeć wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.