Równo i w rządku

Jeżeli jest problem, to się go rozwiązuje w najlepszy możliwy sposób. Nie jest ważne, kto zawinił ani że okoliczności są niesprzyjające. System musi być gotowy i sprawny, jeśli podobna sytuacja się powtórzy.

Sezon komunii w pełni, Boże Ciało już za nami. Kościoły i ulice zapełniają się dziećmi w białych strojach, podążającymi na Mszę świętą. W zeszłotygodniowym tekście Jacek Siepsiak wspomniał o trosce, aby młodzi chrześcijanie, których jako wspólnota dopuszczamy do kolejnych sakramentów, nie wyjmowali komunikantu z ust i nie oglądali go z zaciekawieniem.

By było pięknie

Mając ten obraz w pamięci usiadłam na wieczornej Mszy św. w drugiej połowie obszernego kościoła średniej wielkości miejskiej parafii. Czekając na liturgię obserwowałam siedemdziesiątkę dzieci sprawnie zajmujących przypisane miejsca w ławkach. Część z nich niosła pod pachą ogromne czerwone serca, udekorowane falbankami – miały na nich przyklejone czytania i inne teksty do starannego odczytania z mikrofonu ustawionego na środku kościoła. Rodzice i bliscy próbowali zapanować nad otoczeniem, aby komórką złapać najlepszy kadr swojego dziecka w promieniach słońca. Był to piąty dzień białego tygodnia.

Cóż – pomyślałam – przygotowanie liturgii, dbałość o szczegóły, używanie symboli wskazujących na złożoną rzeczywistość oraz zaangażowanie i poświęcony czas są niesamowicie istotne. Jeżeli jednak przysłaniają istotę, którą jest spotkanie z Bogiem, to chybiliśmy celu.

Pod koniec Mszy św. dzieci procesyjnie ustawiały się na środku, dygały przed ołtarzem i klęcząc z równo złożonymi rękami przyjmowały Komunię. Para za parą. Następnie, sunąc w białych strojach, rozchodziły się do ławek. Po czterdziestu pięciu minutach od rozpoczęcia liturgii wydawały się już znudzone. Nic dziwnego, że chłopiec z drugiej ławki, jak tylko usiadł, z dużym zaciekawieniem sprawdził, co ma w ustach. Po chwili już grupa dzieci porównywała wzajemnie Chleb, który ma im służyć na życie wieczne. To poznawanie nowego przerwała jedna z parafianek. Jednak kiedy przyszła kolej na dziewczynkę, która trzy ławki dalej z zainteresowaniem obserwowała swoich kolegów, historia się powtórzyła. Tym razem proboszcz zauważył. Przerwał rozdzielanie Komunii i energicznie zrugał dziecko. Dziewczynka, z oczami jak pięciozłotówki i napływającymi łzami, przeprosiła za „incydent”.

„Kto zawinił?”

Po uroczystości zwróciłam uwagę na tę sytuację katechetce, która dwoiła się i troiła, aby liturgia była piękna. Zaproponowałam dodatkową, krótką katechezę liturgiczną dla dzieci. Jednak pierwszym pytaniem, jakie usłyszałam, było: „Który to chłopiec?”. Trochę czasu zajęło mi wyjaśnienie, że nie chodzi o szukanie winnego, ale o troskę wspólnoty o nasze spotkanie z Bogiem.

Poinformowałam też proboszcza, że jego interwencja to tylko wycinek całej sytuacji, wyrażając też niepokój, że tracimy równowagę między formą a istotą naszych działań. W odpowiedzi usłyszałam, że katechetka dokłada wszelkich starań, by dobrze przygotować dzieci. Nie mam co do tego najmniejszych wątpliwości. Dowiedziałam się również, że współczesnym dzieciom można mówić, ale one i tak zaraz wszystko, co usłyszą, wypuszczą drugim uchem. A w internecie znajdują tyle głupich pomysłów…

Usiadłam zasępiona. Przychodząc do wspólnoty Kościoła z troską o coś, co nie zadziałało, spotkałam się z szukaniem winnego (który to chłopiec?), bronieniem niewinnego (katechetka dobrze pracuje) i generalizowaniem na tych złych innych (współczesne pokolenie dzieci). Pracuję lata w IT i odzwyczaiłam się od przywiązywania uwagi do tych pobocznych szczegółów. Jeżeli jest problem, to się go rozwiązuje w najlepszy możliwy sposób. Nie jest ważne, kto zawinił ani że okoliczności są niesprzyjające. System musi być gotowy i sprawny, jeśli podobna sytuacja się powtórzy. Chodzi o uczenie się na błędach.

Okazuje się, że w parafiach mamy jeszcze do nadrobienia tę życiową lekcję.

***

Inne teksty autorki.
Jeśli podoba Ci się nasz portal i chcesz, żeby dalej istniał i się rozwijał możesz nas wesprzeć na PATRONITE.