Są filmy, przy których trzeba uważać, z jakim nastawieniem się je ogląda. Łatwo można wpaść w pułapkę jednostronnej lub powierzchownej interpretacji. Co więcej, można przeoczyć szereg bardzo ważnych pytań, które niesie ekranowa opowieść. Wygląda na to, że właśnie takim filmem jest wchodzące właśnie do polskich kin „Cudowne życie” w reżyserii Kena Scotta.
Oda do matek
Bez wątpienia można to dzieło, oparte na faktach, potraktować zgodnie z zawartą na plakacie sugestią, jako „Odę do wszystkich matek”. Bez wątpienia jest to film o matce. U ogromnej większości ludzi słowo „matka” budzi silne emocje, więc każdy utwór przywołujący temat macierzyństwa również je wywołuje. Zwykle są to emocje pozytywne, ale nie zawsze.
Lubimy historie o zdeterminowanych mamach, gotowych dla swego dziecka wystąpić przeciwko całemu światu. Jesteśmy gotowi widzieć w nich postacie heroiczne, których motywacją i siłą napędową do działania lub zaniechania, jest miłość. Jesteśmy w stanie zaakceptować ich niestandardowe, a nawet kompletnie niezrozumiałe decyzje. A główna bohaterka filmu „Cudowne życie” w istotnej kwestii właśnie taką decyzję podejmuje. Decyzję irracjonalną, pozbawioną merytorycznych przesłanek. Czy jednak decyzja Esther Perez, decyzja czekania na cud nie jest zbyt ryzykowna? Czy matka ma prawo w tak radykalny sposób decydować o losie swojego dziecka?
Zaszyte pytanie
W filmie Kena Scotta zresztą zaszyte jest pytanie o to, co można uznać za cud. Nie jest to dzieło odwołujące się do chrześcijaństwa, więc trudno w jego odbiorze zastosować kojarzące się z tą religią rozumienie nadzwyczajnego zdarzenia w sferze zdrowia człowieka (a trzeba pamiętać, że Kościół katolicki bardzo wiele uwagi poświęca badaniu niewytłumaczalnych uzdrowień i ma spory wpływ na definiowanie pojęcia cudu). Mimo to kwestia wiary ma w tym filmie duże znaczenie. Tym bardziej warto się zastanawiać, czy natrafienie na reprezentantkę medycyny alternatywnej faktycznie, jak twierdzi matka Rolanda Pereza, jest cudem? Warto też pytać, na ile cud wymaga współpracy, współdziałania tego, kogo ma dotyczyć. Nie tylko jego. Całego otoczenia, w którym funkcjonuje.
Miłość uprawnia?
W komentarzach niektórych internautów, którzy obejrzeli już „Cudowne życie”, pojawił się bardzo poważny zarzut bezkrytycznego przedstawiania (a może nawet promowania) patologicznej, toksycznej relacji. To raczej niesłuszne oskarżenie. Co nie znaczy, że oglądając nie trzeba sobie zadać pytania o to, czy bezgraniczna miłość matczyna uprawnia do bezgranicznej i nieustannej ingerencji w życie jej dziecka? Czy upór, intuicja, przeświadczenie matki, które przyniosły nadzwyczaj dobry efekt w dzieciństwie Rolanda, są wystarczającym uzasadnieniem dla jej bardzo głębokich ingerencji w życie dorosłego syna? Czy on, wdzięczny za to, co dla niego zrobiła, powinien się na to zgadzać i być wdzięczny?
Francuski dziennik „Le Figaro” opisał „Cudowne życie” jako „Budujący film, który poprawi ci nastrój”. Do tej recenzji koniecznie trzeba dodać, że oprócz poprawiania nastroju, dzieło Kena Scotta skłonić może do poważnego zastanowienia się nie tylko nad historią Rolanda Pereza i jego mamy, ale także nad własnymi relacjami rodzinnymi.
***
Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

Dziennikarz, publicysta, twórca portalu wiara.pl; pracował m.in. w „Gościu Niedzielnym”, radiu eM, KAI. Współtwórca platformy wiam.pl.
