Każdy z nas spotyka się z chamstwem. Spodziewamy się go w różnych miejscach. Dziwi ono jednak w ustach tych, którzy zabiegają o popularność. A może to nasze zdziwienie jest już bardzo niedzisiejsze? Bo gdy słucha się słów przywódców politycznych czy religijnych, to choć ma się wrażenie, że strzelają sobie w stopę chamskimi odzywkami, to jednak człowiek zaczyna się zastanawiać, czy jednak nie dobierają obraźliwych sformułowań o bliźnich z wyrachowania. Bo uważają, że im to służy, nie szkodzi.
Misja dzielenia
Chamstwo w ustach kogoś z nizin społecznych nie dyskwalifikuje. Natomiast członka elity raczej powinno. Bywa jednak, że ludzie na stanowiskach starają się przypodobać „wyborcom” podkreślając swoje proste pochodzenie. Nie ma w tym nic złego. Przeciwnie. Może to być ważnym argumentem wskazującym na rzeczywiste zrozumienie problemów ludu. Jednak gdy w tym celu polityk, biskup, działacz, oligarcha czy po prostu krezus należący do najbogatszych na świecie używa niewybrednych epitetów, to po pierwsze obraża ten lud, bo pokazuje, że ma go za chama. Po drugie jego przekaz jest nierzeczowy. Chamskie odzywki tak naprawdę nic nie mówią o atakowanej osobie czy instytucji. Nie wskazują na konkretne argumenty. Zatem i ów „polityk” jawi się jako niekonkretny, emocjonalny, nabuzowany i do tego bezradny, bez pomysłu na skuteczne rozwiązania.
Po trzecie dzieli. I to dla przywódców religijnych jest dyskwalifikujące. Poniżające ludzi wypowiedzi w ustach duchownego są destrukcyjne dla jego roli społecznej. Polityk partyjny jeszcze może jakoś się odnaleźć w misji dzielenia, by rządzić. Duchowny nigdy. Biskup, który swoimi obraźliwymi słowami wypycha z Kościoła ludzi poranionych i skrzywdzonych jest nie do pomyślenia.
A jednak się mylę. Bo jak się okazuje jest nie tylko do pomyślenia, ale też do zobaczenia i odsłuchania na falach pewnego radia reklamującego się jako „głos katolicki”. Nie mam zamiaru analizować zachowania tego konkretnego funkcjonariusza. Ale chyba można, przyglądając się przykremu komentarzowi do pielgrzymki z obrzeży Kościoła na Jasną Górę, zastanowić się, czy jednak, oprócz wspomnianego wyrachowania, nie ma i innych źródeł słów tak nielicujących z pozycją przywódcy.
„Syn szefa”
Jednym z tych źródeł może być przeświadczenie o uprzywilejowanej pozycji społecznej. Jezus niejeden raz spierał się z tymi, którzy uważali, że „Abrahama mają za ojca”. Jan Chrzciciel również ich ostro potraktował. Mieli się za naród wybrany. I oczywiście nie chodziło o odbieranie Izraelowi tego tytułu. Raczej o zwrócenie uwagi na nadużywanie go. I budowanie na tym nadużyciu postawy faryzejskiej. Tak naprawdę każdemu z nas grozi syndrom „syna szefa”. Zwłaszcza tym, którzy piastują wyższe stanowiska. A właściwie stanowiska objęte dzięki jakiejś protekcji.
Gdy ktoś uważa, że rządzi „z Bożej łaski”, bo jest następcą tronu, bo jest pupilem prezesa, bo protegowanym Wielkiego Brata, dziedzicem niewyobrażalnej fortuny czy synem bossa mafii… albo kimś takim tylko na mniejszą skalę np. kościelną… a zatem włada, bo mu się to po prostu należy, to łatwo wpada w furię, gdy ktoś podważa to jego „wybranie”. A jak wpada w furię, to bywa chamski, choćby to było autodestrukcyjne.
Jak mam poczucie (choćby głęboko ukryte), że zarządzam nie ze względu na swoje talenty i kompetencje, ale dzięki protekcji i uległości wobec protektorów, to wszelkie obnażanie tego stanu rzeczy wywołuje we mnie wściekłość. Tak niepewnie się czuję. A od wściekłości do chamstwa niedaleka droga.
Bez ograniczeń
Niestety nie tylko chamstwo jest konsekwencją takiego nieprzejrzystego sposobu dobierania zarządzających. „Syn szefa” to często „prepotente” jak mawiają Włosi. To trudne do przetłumaczenia słowo. Zazwyczaj tłumaczy się na „despota” lub „nadużywający władzy”, ale raczej chodzi o kogoś, kto uważa, że wszystko mu wolno, że jest tak potężny (potente), że stoi ponad prawem. Tak rozumie swoją suwerenność: jego działania nie muszą być legalne. Może zgnieść każdego, kto mu stanie na drodze. Każdego może wykorzystać. Jest ponad. Nic go nie ogranicza. Tak rozumie swoje wybranie.
W polityce przypisuje sobie prerogatywy, których nie daje mu konstytucja. W różnych organizacjach społecznych, artystycznych, sportowych, kościelnych itp. nadaje sobie chore przywileje. Dlaczego? Bo go nikt nie rozliczy. Jest nietykalny. Tak myśli.
Miejmy nadzieję, że do czasu.
***
Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
