Zapachniało groźbą zerwania sojuszu z Ukrainą. Niby nikt tego nie chce, poza marginesem politycznym, a jednak wielu stara się pokazać, jacy to oni są nieustępliwi. Lecz w rezultacie sprawiają wrażenie takich, którzy są gotowi nie zważać na realny interes państwa.
To jest polityka. Raczej krótkowzroczna. Ale przy okazji widać, że pojednanie zawierane wobec lub przeciw wspólnemu wrogowi to nie jest jeszcze rzeczywiste pojednanie. To prawda, że konieczność wspólnej reakcji na zagrożenie może skłonić do sojuszu i do odsunięcia w cień animozji. Może nawet być punktem wyjścia do podania sobie dłoni. Lecz pojednanie wymaga czegoś więcej.
Wobec wspólnego wroga
Swego czasu abp Michalik i inni polscy hierarchowie podpisali wspólny list z przedstawicielami Cerkwi Rosyjskiej. Miał on być czymś na podobieństwo pamiętnego listu biskupów polskich do niemieckich. Napisałem „miał być”, bo się tym nie stał. O czym świadczą też późniejsze losy naszych relacji z Rosją. Już wtedy zwracano uwagę na tę jego część, która wyraźnie wskazywała na antyzachodni charakter dokumentu. Ta deklaracja wskazywała wspólnego wroga, jakim był świat zachodniej demokracji liberalnej. To wobec niego zobowiązano się do wspólnego przeciwstawiania się zagrożeniom płynącym z tamtej strony. Wypisz wymaluj obecna (i dawna) narracja Kremla.
Natomiast nie było tam czegoś, z czego zasłynęła korespondencja z biskupami niemieckimi. Owego sławnego zdania „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”. Tym razem, poza ogólnikowym wspomnieniem o zatargach, nie znaleziono miejsca na rachunek sumienia. Nie twierdzę, że w ogóle nie podjęliśmy takiego wysiłku. Powstała historyczna komisja mieszana, w której pracowały zacne osoby. Ale raczej mamy poczucie, że na niewiele się to zdało. (Choć może jeszcze kiedyś się przyda, gdy polityka na to pozwoli). W każdym razie z Niemcami nie jednaliśmy się przeciw wspólnemu wrogowi, a z Rosjanami raczej tak. I to jest zasadnicza różnica.
Czemu jest tak ważna? Owo „prosimy o przebaczenie” wypowiedziane dwadzieścia kilka lat po II wojnie światowej wydało się nie do przyjęcia nie tylko dla władz komunistycznych, ale i dla wielu zwykłych obywateli. To świadczy o tym, jak bardzo było potrzebne i jak otworzyło oczy na konieczność przeprowadzenia rachunku sumienia. Podstawą pojednania ma być nie tyle interes polityczny (jak najbardziej realny), co uderzenie nie tylko w cudze, ale i we własne piersi. Nawet wtedy, gdy dysproporcja win jest znaczna. I nie chodzi tu o powtórną wiktymizację, lecz o danie sobie szansy na zrozumienie drugiej strony. Co też nie oznacza usprawiedliwienia. Po prostu procesy trzeba zrozumieć, by do nich nie dopuszczać. By się nie powtórzyły. A nie zrozumiemy ich, jeśli nie popatrzymy z perspektywy tej drugiej strony, a to znaczy również z perspektywy strony, która tak czy inaczej czuła się krzywdzona (bywa, że przez całe wieki).
Przed czym się bronili?
Nasz chrześcijański kult świętych, zwłaszcza męczenników, zwraca uwagę na niewinne ofiary jako przykłady godne naśladowania. Zapewne jest to potrzebne. Bywa wykorzystywane do pokazywania wyższości chrześcijaństwa nad innymi religiami lub ateuszami. Bywało też argumentem do rozgrywek między wyznaniami, kto komu więcej wymordował. Warto jednak zastanowić się, czy nie powinniśmy otworzyć oczu na perspektywę tych, którzy zabijali lub prześladowali męczenników. Czemu dopuszczali się okrucieństw? Wiele tam poczucia zagrożenia, uprzedzeń, a także szukania zemsty. Pytanie „czego się obawiali, przed czym się bronili” nie tylko nie jest bezzasadne, lecz wręcz konieczne, o ile chcemy, by męczeństwo wydało błogosławione owoce. A nie tylko pogłębiało rowy nieufności.
***
Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
