Kiedy człowiek traci czyjeś zaufanie zazwyczaj oznacza to, że oszukiwał. Podobnie jest z instytucją. Utrata zaufania może również wynikać z kręcenia. Wyjaśnienia są tak zagmatwane, że trudno im zaufać. Rzecznik jakiejś instytucji przyłapany na oszustwie traci rację bytu. Powinien zostać natychmiast zwolniony.
Jednak są i takie „organizacje”, które stopniowo tracą zaufanie. Na przykład dzieci często dają rodzicom kolejną szansę. Jeśli kogoś kochamy i jest nam bliski, to chcemy mu wierzyć. Tłumaczymy go, nawet wbrew faktom. Ale w końcu przychodzi czas, gdy trwamy w związku, choć już nauczyliśmy się nie wierzyć osobie niegodnej zaufania. Taki związek nazywamy toksycznym.
Ale z drugiej strony – za dobrą monetę przyjmujemy nie tyle przyrzeczenia poprawy, co przeprosiny i żal. Uczymy się, że nikt nie jest doskonały, że każdy może zawieść. Ważne, że żałuje tego zawodu, tego zranienia, stara się rozpoznać przyczyny i pracować nad zmianą.
I tego uczy Kościół. To element każdej Eucharystii. Co zatem się stało, że zaufanie do Kościoła w Polsce radykalnie spada?
Na co nam taki Kościół?
Przecież Kościół zawsze był grzeszny. Ranił od wieków. To prawda. Ale pokutował. Przyznawał się do błędów. Nie lekceważył ich. Próbował się reformować i wracać do źródeł. Teraz kręci. Zwala winę na wszystkich wokoło. Wszędzie węszy spiskujących wrogów. Nie chce brać na klatę. Wymiguje się od odpowiedzialności. I tutaj właśnie zawodzi. Można powiedzieć, że zawodzi na poziomie meta. Bo nie tylko rani grzechem, ale wręcz udaje doskonałego. Nie przyznaje się do błędu.
W ten sposób sprzeniewierza się swojemu powołaniu. Żąda od ludzi tego, czego sam nie chce czynić. Na co nam grzesznikom taki Kościół?
Skąd się wziął taki wizerunek instytucji kościelnej? Bo przecież wiemy, że we wspólnocie wierzących sporo ludzi szuka wsparcia w swoim nawracaniu się i dostaje je. A jednak, skoro tak lawinowo narasta liczba Polaków tracących zaufanie do duszpasterzy, to obraz owej wspólnoty został zachwiany gdzieś u fundamentów.
To nie moja ręka
To chyba wzięło się z upolitycznienia. Wiemy, że większość polityków przestrzega w mediach kardynalnej zasady: jak cię złapią za rękę, to mów, że to nie twoja ręka. Mają zakaz jakiegokolwiek przyznawania się do błędu. Oczywiście są i tacy politycy, którzy nie poniżają się do owego stylu. Zasadniczo jednak partie do publicznych wystąpień wysyłają jako rzeczników tych, którzy wszelkie zło widzą poza murami własnej twierdzy. Hierarchowie tak mocno weszli w sojusz z jedną partią, że musieli przejąć również jej model medialny. Zachowują się jak jej rzecznicy. I jak rzecznicy, prędzej czy później, tracą zaufanie.
Nabożeństwa ekspiacyjne niewiele tu dadzą. Zwłaszcza, gdy komunikaty są pokrętne, raczej ukrywają niż wyjaśniają i to w tych najbardziej bulwersujących tematach. Do tego wychodzi na jaw, jak traktowani są ludzie poświęcający się wyjaśnianiu mechanizmów prowadzących do wykorzystywania bezbronnych. A takie prześladowania są zaprzeczeniem ducha pokuty, zadośćuczynienia a zwłaszcza szukania poprawy.
Powstaje jednak pytanie: czy utrata zaufania musi oznaczać pustki w kościołach? Przecież ludzie zranieni właśnie dlatego czują się zranieni, bo bardzo kochali i ufali. Zatem chyba powinni czuć się skorzy do wybaczenia, do dania szansy.
Tylko, że społeczeństwo postrzega Kościół jako zawodzący na poziomie meta. Nie tylko ukradł płaszcz, ale jeszcze bezczelnie mówi: Nie mamy pańskiego płaszcza i co pan nam zrobi? Jak można dyskutować z takim szatniarzem, a zwłaszcza z „kierownikiem tej szatni”? A żeby kościoły nie świeciły pustkami nie wystarczą bezkrytyczni fanatycy. Potrzeba też przestrzeni na krytyczną dyskusję dla zawiedzionych, a jednak kochających.
Inaczej zostaną tylko ci z syndromem sztokholmskim.
***
Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
