– Dlaczego nie przestaniesz mówić o moich dawnych błędach? – zapytał mąż. – Myślałem, że mi już przebaczyłaś i zapomniałaś.
– Oczywiście. Przebaczyłam i zapomniałam – odpowiedziała żona. – Ale chcę być pewna, że ty nie zapomnisz, że przebaczyłam i zapomniałam”.
Anthony de Mello SJ, Śpiew Ptaka, Verbinum 1996, s. 151
Lubię tę przypowiastkę. Powtarzam ją, bo mam nadzieję, że chodzi w niej nie tylko o odwieczną walkę płci. Ten dialog pasuje też do sporu o pamięć historyczną, który znowu rozgrzewa nastroje polityczne.
Szlachetniejsi
Prawda, jak widzimy i słyszymy, może służyć do szantażu emocjonalnego. Upamiętnienie ofiar, samo w sobie szlachetne, bywa przypomnieniem „ofensywnym”. Pomnikami można atakować. To zależy, co z nich epatuje. Niektóre pomniki, tablice, filmy czy przemówienia zdają się brać udział w konkurowaniu na oskarżenia o okrucieństwo. Czyli celem nie jest uczczenie ofiar i ich godny pochówek, ale coś innego. Potocznie mówi się, że stoi za tym gra polityczna. Pewnie tak. Ale chyba trzeba też zapytać samych siebie, dlaczego dajemy się nabrać na taką grę?
Czy jednak nie drzemie w nas jakaś potrzeba budowania na resentymencie? Jesteśmy lepsi, bo nas okrutniej potraktowano. Duma z przegranej jest na pierwszy rzut oka zdumiewająca. A jednak można ją wyjaśnić, bo skoro przegraliśmy, to pewnie byliśmy mniej bezwzględni, mniej okrutni. A zatem należy się nam uznanie. I w tym „chcę być pewna, że ty nie zapomnisz, że przebaczyłam i zapomniałam” jest oczekiwanie uznania.
I znowu. Uznanie jest dobre. Tylko, czy budowanie na takim uznaniu jest zdrowe? I nie chodzi tylko o to, że w licytacji na krzywdy historyczne możemy zostać przelicytowani. Po prostu taki fundament, to nie jest podstawa, na której można postawić coś solidnego. Oczywiście: poczucie, że jesteśmy szlachetni może być zachętą do dalszego rozwijania owej cnoty. Ale – jak się okazuje – poczucie, że jesteśmy szlachetniejsi od innych, bo oni nas skrzywdzili, a jednocześnie my nie pamiętamy o tym, co im uczyniliśmy, nie jest zachętą do większej szlachetności, lecz do odmawiania jej sąsiadom. I tyle.
Miejsce pojednania
Upamiętnienia można orientować. Bywają skierowane przeciw komuś lub do kogoś. Bywają też zapomniane, ale i wyciągane z lamusa w odpowiednim momencie. Kują w oczy lub odwracają uwagę od tego, co istotne lub od rzeczywistego wroga. Mogą być anachroniczne lub częściej po prostu przekręcone, zupełnie fałszywe.
To w takim razie, do czego są potrzebne?
Mają sens, gdy są miejscem pojednania. Tak jak krzyż ma wtedy sens. Inaczej jego „okrucieństwo” służy waleniu po oczach. Podobnie jak niektóre pomniki, na które nasze serce się wzdryga, a oczy zgorszone się odwracają. Mają sens, gdy tam się przyjmuje „przepraszam”, gdy się wybacza. Tak naprawdę. By już nie słyszeć: „Dlaczego nie przestaniesz mówić o moich dawnych błędach? (…) Myślałem, że mi już przebaczyłaś i zapomniałaś”.
Ważna jest tu też forma. Brak dosłowności, owego socrealizmu czy katorealizmu, otwiera przestrzeń na tajemnicę ludzkiego serca zdolnego do pojednania. Możemy sporo się nauczyć przypatrując się różnym sposobom przedstawiania Ukrzyżowanego, aż po krzyże bez figury Jezusa. Podróżując spotykamy różne wizerunki. Zmartwychwstały na krzyżu. Przybity, lecz uśmiechnięty. Z otwartymi oczami. Z oczami zamkniętymi w pokoju. Z sercem otwartym jako źródło…
A tak naprawdę trzeba zobaczyć i obserwować swoje serce. Co w nim wzbiera przed tymi „pamiątkami”?
***
Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
