Jedni drugich staramy się skłonić do konkretnych postaw poprzez strach. Teraz na przykład do wzmożonych wydatków na uzbrojenie. Jeśli boimy się wojny, to jesteśmy bardziej skłonni do zaakceptowania mniejszych nakładów na opiekę zdrowotną. Wielu ludziom wydaje się też, że strach przed karą powstrzyma ewentualnych przestępców, a także że dzieci karane będą bardziej posłuszne.
Dochodzi nawet do tego, że myślimy, iż kara nie tylko się należy, ale wręcz jest wyrazem miłości. Dlatego nie dziwi, że ludzie w tym kluczu postrzegają świat i Boga. Ja powinienem być ukarany czy ukarana. Zasługuję na to. Ale jednocześnie boję się kary. Boję się tego, że coś złego mi się stanie. Dlatego z jednej strony ukrywam moje przewiny. Nie chcę, by nawet Bóg o nich wiedział – obawiam się, że przestanie mnie kochać, a zatem i strzec. Z drugiej strony staram się zabezpieczyć, kupując opiekę przez ofiary, modlitwy, amulety itp. I boję się, że jeśli o czymś zapomnę lub pomylę formułkę, to dosięgnie mnie kara w formie jakiegoś wypadku.
Strach odbiera miłość
To takie prymitywne, magiczne podejście do relacji z Opatrznością. Można powiedzieć, że godzi w fundamenty naszego szczęścia, bo strach odbiera miłość. Ale tę obawę można przezwyciężyć. Gdy zmagamy się z przeciwnościami losu, doświadczamy przekraczania siebie, dostrzegamy szczególne oznaki troski o nas na poziomach naszego życia do tej pory nie (lub słabo) uświadomionych. Wtedy odkrywanie się wraz ze swoimi słabościami przestaje być wystawianiem się na karę. Staje się zawierzeniem. Jest szczere.
I jest w tym jakaś ulga. Już nie muszę udawać. Udawanie potęguje strach. Bo co będzie, jak się wyda? Wiele naszych pobożnych praktyk jest motywowanych chęcią ukrycia przed Bogiem, światem, a nawet przed samym sobą tego, co „zasługiwałoby” na ukaranie. Szczere przyznanie się uwalnia od tego rodzaju obawy. Dlatego szczerość jest tak ważnym warunkiem spowiedzi. I nie chodzi o drobiazgowość w wyliczance prezentowanej w konfesjonale. Bo podczas takiej wyliczanki znowu popadamy w postawę lękową. Boimy się, że jak nam umknie jakiś szczegół, to zasłużymy na karę a nie na przebaczenie. Chodzi raczej o zaufanie, że Bóg – kochając mnie – nie zrezygnuje z miłości dlatego, że będzie się dowiadywał coraz więcej o mnie. A w zasadzie, że ja będę ufał w Jego miłość, choć sam będę się o sobie coraz więcej dowiadywał. I to nie będzie czarno-białe, a wręcz mocno zmieszane.
To ma być droga
Nasze wyobrażenie o miłości Bożej jest budowane przez doświadczenia z miłością ludzką. Jak uczy św. Paweł, szczególnie miłość małżeńska jest obrazem miłości Chrystusa do nas. Dlatego chyba warto spytać się o wpływ lęku na relacje między małżonkami. Czy szczerość aż do bólu oczyszcza ze strachu?
Wielu doradza, by mąż, nagabywany przez żonę (w imię miłości) do wyznania wszystkich swoich grzeszków, był jednak ostrożny. Bo mimo zapewnień, że ona z góry wybacza, owe wyznania mogą stać się potem amunicją używaną przeciw niemu. I chyba nie jest to głupia rada. Ale z drugiej strony wspólne życie, by nie nudziło rutyną, powinno być jakoś ciągłym odkrywaniem siebie nawzajem. A takie poznanie oznacza też poznawanie ciemnej strony. A w każdym razie skomplikowanej rzeczywistości. Możemy ze strachu to blokować. Ze strachu, że ona /on przestanie mnie kochać, jak pozna zakamarki mojej duszy. Ale udawanie prowadzi do zatrzymania się, do skostnienia. Dochodzimy do muru, a to jednak ma być wspólna droga. Gdy się zatrzymamy na stałe, to już to nie jest droga.
Dylematy napięcia między strachem a miłością, między szczerością a kupowaniem sobie przychylności, potrzebują perspektywy zmiany. To chyba nie jest tak, że ja sam, czy też Bóg zna mnie w pełni. Raczej ciągle poznaje coraz pełniej. I to jest boskie. To jakoś tłumaczy, po co wieczność.
***
Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
