Rupert Mayer – patriota błogosławiony

„Klaszczecie zbyt wcześnie, ponieważ mam zamiar powiedzieć wam jasno, że Niemiec-katolik nigdy nie może być narodowym socjalistą”.

„Obyś przy końcu życia mógł powiedzieć: «[…] Obawa przed ludźmi nie miała wpływu na to, co czyniłem. Starałem się czynić tylko to, do czego Bóg mnie posłał»”. To słowa wyjęte z kazania wygłoszonego przez zaproszonego kaznodzieję podczas Mszy prymicyjnej bł. Ruperta Mayera (1876-1945). Wtedy, w 1899 roku, nie był on jeszcze jezuitą. Do Towarzystwa Jezusowego wstąpił w 1902 roku. Zasłynął jako antyfaszysta. Swoim życiem i słowami pokazał, że katolik nie może być narodowym socjalistą. 

Nazwano go „apostołem Monachium”, ponieważ to właśnie tam dał się poznać jako płodny kaznodzieja o niezwykle prostym i dobitnym przekazie oraz jako spowiednik cierpliwy wobec wewnątrzkrajowych imigrantów napływających masowo w owym czasie do Monachium. To dla nich prowadził Caritas, to dla nich założył zgromadzenie sióstr, to im pomagał poprzez prowadzoną przez siebie Sodalicję Mariańską. Odnosił na tym polu spektakularne sukcesy. Jednak zasłynął głównie z opozycji wobec rodzącego się nazizmu, a potem wobec hitlerowskiego reżimu. Zbadajmy jego „duchowość patrioty”, przyglądając się konkretnym przykładom.

Najpierw trafi we mnie… 

Był ofiarnym patriotą. Ten niemiecki jezuita podczas pierwszej wojny światowej służył na ochotnika jako kapelan na froncie. Otrzymał wtedy między innymi Krzyż Żelazny I klasy. A ponieważ został nim odznaczony jako pierwszy wśród kapelanów, podniosły się głosy sprzeciwu w środowiskach niechętnych Kościołowi. 

W pamiętnikach setek żołnierzy zachowały się przykłady jego niezwykłego poświęcenia na froncie. Na Boże Narodzenie 1915 roku, pod ostrzałem, przybył do wysuniętych posterunków obładowany workiem drobnych prezentów, dźwigając jeszcze karabin dla ochrony przed wilkami grasującymi w lasach. Jeden z żołnierzy opisał, jak ranny w obie nogi leżał na noszach na otwartym polu, sanitariusze podczas ostrzału artyleryjskiego ukryli się w jakimś dole. Wtem ktoś nakrył go sobą, mówiąc: „Spokojnie, kolego, jeżeli w nas uderzy, to najpierw trafi we mnie!”. To był kapelan, ojciec Rupert.

W grudniu 1916 roku skończyła się jego służba czynna, ponieważ pocisk strzaskał mu nogę poniżej kolana i trzeba było ją amputować. Nastąpił szereg bolesnych operacji. Był to straszny cios dla tak czynnego człowieka. Ale jeden z listów, który napisał w tym czasie do rodziców, zakończył słowami: „Gdybym nie cierpiał z powodu rany, wojna nie byłaby dla mnie tym, czego oczekiwałem: środkiem zbliżenia się do Boga”. Ojciec Mayer pełnił swoją służbę wśród niemieckich żołnierzy na froncie we Francji, w Polsce oraz w Rumunii, nie bacząc na to, że mógłby czuć się odrzucony przez kraj ojczysty, ponieważ jezuitów w Cesarstwie Niemieckim szykanowano. 

W lipcu 1872 roku Reichstag przyjął bowiem ustawę o jezuitach, których powszechnie oskarżono o bycie emisariuszami papieża. Towarzystwo Jezusowe zostało w Niemczech rozwiązane, a jego zagraniczni członkowie wydaleni z kraju. Niemieckich jezuitów poddano nadzorowi policji, która mogła zakazać im pobytu w danej miejscowości i wskazać nowe miejsce zamieszkania. Bundesrat poszerzył tę ustawę, zakazując jezuitom posługi w kościołach i szkołach oraz prowadzenia misji. Następnie tak zinterpretowano przepisy, że jezuitom zakazano wszelkiej pracy duszpasterskiej: głoszenia kazań, odprawiania Mszy, wysłuchiwania spowiedzi czy udzielania sakramentów. 

Ustawa o jezuitach została w pełni zniesiona dopiero w 1917 roku i wtedy kościół św. Michała w Monachium przekazano w ręce Towarzystwa Jezusowego. Tam zamieszkał ojciec Rupert. Tam też zaczęła się jego szeroka aktywność duszpasterska na wielu polach. 

W Monachium

Pomagający mu w pracy informowali go o wszystkim, co mogło „przydać się” w prowadzonej przez niego działalności, od filmów wyświetlanych w kinach i zebrań wolnomyślicieli, po sprawy związane z kremacją. Ojciec Rupert miał też dostęp do telefonu, co było rzadkie w owych czasach, a jego biurko wkrótce pokryły różne wycinki z prasy. 

Wielu przygotował na przyjęcie do Kościoła, głosił rekolekcje dla wojska, policji, bezrobotnych, kobiet i dziewcząt. W adwencie 1919 roku we wszystkich parafiach monachijskich prowadzono misje. Błogosławiony Rupert i jego współpracownicy pomagali w ich przygotowaniu i głoszeniu. Często wyruszał w podróż dla zbierania darów. Gdy mieszkał sam w Monachium, czasami nie miał nic do jedzenia. Przez jego ręce przechodziły pieniądze i dary dla ubogich warte miliony, niczego nie zatrzymywał dla siebie.

W 1935 roku minister spraw wewnętrznych pozwolił Caritasowi na zbiórkę umożliwiającą dalszą walkę z nędzą. Jednak naziści wypełnili ulice, wołając: „Precz z Caritasem”; „Ani grosza na Caritas!”; „Wszystko dla Narodowych Socjalistów!”. W czasie kwesty Rupert Mayer stał z puszką w ręku niczym posąg otoczony bandą bojówkarzy. Żaden z nich nie śmiał go jednak zaatakować fizycznie, choć było wiele wypadków oplucia czy pobicia kwestujących. Gdy ojciec Rupert zobaczył jednego z nich, studenta, pobitego do krwi, poszedł na policję zaprotestować przeciw brakowi reakcji na takie postępowanie. Policja jednak miała zakaz interweniowania w takich sytuacjach. W ten sposób naziści osiągnęli swój cel i pod pretekstem zagrożenia spokoju publicznego zakazali zbiórek Caritasowi, choć sami wywoływali owe „burdy”. 

To był klarowny dowód na to, że organa państwa stały się narzędziem w rękach partii. W kwietniu tego samego roku wydano tajny rozkaz dotyczący „ochrony przed jezuitami i nadzoru nad piśmiennictwem katolickim”. Odtąd za wypowiedzi określone jako antypaństwowe groziło aresztowanie. 

Mówią, że Mayer jest walczącym kogutem

Aresztowania z tego powodu nie uniknął także ojciec Rupert. Podczas procesu, jaki odbył się w 1937 roku, w jednej kwestii przyznał rację swoim przeciwnikom: „Niektórzy mówią, że Mayer jest walczącym kogutem. Najpierw atakował komunistów, a teraz jest przeciw nazistom. Są ludzie, którzy zawsze muszą coś zwalczać. Raz nazwany byłem podżegaczem. To do mnie pasuje!”. 

Rzeczywiście pchał się tam, gdzie spodziewał się oporu czy wręcz wrogości. Na zebraniu nazistowskim w 1923 roku, którego tematem było: „Czy katolik może być narodowym socjalistą?” – jako weteran wojenny, wielokrotnie odznaczony i mający duży mir wśród byłych żołnierzy, ojciec Rupert włączył się do dyskusji. Kiedy wszedł na trybunę, został powitany oklaskami i okrzykami aplauzu. Oświadczył jednak: „Klaszczecie zbyt wcześnie, ponieważ mam zamiar powiedzieć wam jasno, że Niemiec-katolik nigdy nie może być narodowym socjalistą”. Na to zrzucono go z trybuny i nie pozwolono przemawiać. SA musiało go ochraniać podczas wychodzenia z sali. Gdy partia wkrótce potem poniosła swą pierwszą porażkę, powszechnie uważano, że stało się to za sprawą ojca Ruperta.

Mayer śledził poczynania Hitlera od samego początku jego politycznej kariery, tym bardziej że Hitler działał wśród weteranów wojennych właśnie w Monachium. Miał przywódcę nazistów za znakomitego mówcę, ostrzegał jednak: „Hitler jest znakomitym mówcą ludowym, ale podżega i mija się z prawdą”. Regularnie, do 1923 roku, bywał na spotkaniach z Hitlerem i odnosił wrażenie, że miał do czynienia z „histerykiem najczystszej wody”. Ostrzegał przed nim przełożonych zakonnych, arcybiskupa Monachium i nuncjusza apostolskiego oraz wielu innych. Wtedy jeszcze niewielu dostrzegało tak jak on, że narodowy socjalizm ma w planie wykorzenienie chrześcijaństwa. 

Antyreligijna postawa partii potęgowała gorliwość ojca Ruperta w obronie Kościoła. Jego uwagi wypowiadane z ambony o sposobie, w jaki rodzice zostali oszukani w referendum dotyczącym szkół wyznaniowych, były niezwykle ostre: „Kłamstwa, jakich używano w tej sprawie, sprawiały, że włosy stawały na głowie… Urzędnicy państwowi i partyjni szli ręka w rękę. Rzecz działa się właśnie tak, jak gdyby rząd Rzeszy zawarł konkordat po to, aby pozwolić na sabotowanie go przez niższe instancje. Było to zwycięstwo odniesione siłą i terrorem, które nie przyniesie chwały tym, co je odnieśli, i z pewnością nie jest ono powodem do zaszczytu”.

Gdy organizacje weteranów wojskowych zostały wcielone do partii nazistowskiej, ojciec Rupert przestał płacić kombatanckie składki. Kiedy bohaterstwo i narodowy socjalizm stawały się synonimami, przestał nosić swe wojskowe odznaczenia. A później, po zwolnieniu z więzienia w Landsbergu, ostentacyjnie oddał swój Żelazny Krzyż.

Zdając sobie sprawę z niebezpieczeństwa, spieszył z pomocą prześladowanym Żydom. Pewnej nocy przyszedł do jednego ze swoich dobroczyńców z prośbą o pięć tysięcy marek. Jeszcze tej samej nocy przekazał je Żydówce, której groziło zesłanie do obozu koncentracyjnego. Uratowana po wielu latach przyjechała ze Stanów Zjednoczonych, aby przy jego grobie podziękować za ocalenie.

W maju 1936 roku ojciec Rupert otrzymał ostrzeżenie: jeśli nie zaprzestanie piętnowania nazizmu, zabroni mu się pracy kaznodziejskiej. Nie przyniosło ono jednak oczekiwanego skutku i w rezultacie w następnym roku otrzymał zakaz publicznego przemawiania. Ojciec Rupert mimo tego nadal głosił kazania, 5 czerwca 1937 roku został więc aresztowany. Zwolniono go po zapewnieniu przez władze zakonne, że nie zezwolą mu na dalszą działalność kaznodziejską. Było to dla niego wielkim wyrzeczeniem, ale przełożonym zakonnym ślubował posłuszeństwo.

Jak się obawiał, opinia publiczna nie zrozumiała jego sytuacji. Kiedy monachijski gauleiter powiedział: „On, jak wszyscy księża, gdy się go postraszyło i potrząsnęło kluczami od bram obozu koncentracyjnego, zamilkł”, nie ścierpiał tego. Za pozwoleniem przełożonych raz jeszcze wszedł na ambonę, za co został natychmiast aresztowany i na pół roku uwięziony w Landsbergu nad Lechem.

Będę nadal postępował tak jak przedtem

Po przekroczeniu bram więzienia na pytanie zadane w kwestionariuszu więziennym, co sądzi o narodowym socjalizmie, odpowiedział, że aby nie obrazić władzy, nic nie napisze. Nie chce bowiem być hipokrytą, bo hipokryci i tchórze źle służą ojczyźnie. 

Jego wspomnienia z więzienia i obozu koncentracyjnego nie są przesiąknięte nienawiścią. Jest w nich raczej smutek spowodowany tym, jak na w gruncie rzeczy porządnych ludzi destrukcyjnie wpływali hitlerowcy: „Po przyjeździe zostałem sfotografowany z różnych stron. Po gorącej kąpieli odziano mnie w więzienne ubranie i ostrzyżono włosy… strażnik zaprowadził mnie do celi… miałem wielkie trudności z ułożeniem wypchanego słomą siennika na łóżku. Nazajutrz musiałem być zbadany przez lekarza. Ze względu na moją protezę powiedział, że mam się rozebrać nie na korytarzu, ale w jego gabinecie. Zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Z biegiem czasu mój szacunek dla niego rósł. Czułem, że byłbym potraktowany jeszcze lepiej, gdybyśmy byli sami. Niestety był zawsze przy nas asystent polityczny, zagorzały hitlerowiec.

Po tygodniu zarządzono przeniesienie mnie do infirmerii. Przebywali tam więźniowie, którzy z powodu podeszłego wieku lub innych przypadłości byli niezdolni do pracy fizycznej. Powiedziano mi, że mogę czytać do woli, ale nie wolno mi robić żadnych notatek. Warunek ten odczułem przykro. Nie mając innego wyjścia, ograniczyłem się do lektury. Moje przeniesienie było korzystne jeszcze z tego względu, że w infirmeryjnej kaplicy odprawiano Mszę świętą dwa razy w tygodniu. Mogłem w niej uczestniczyć i przyjmować Komunię świętą. Po dwóch miesiącach zostałem powiadomiony, że kardynał przybędzie mnie odwiedzić…  Ku mojej wielkiej radości Jego Eminencja przywiózł mi przenośny ołtarzyk z całym wyposażeniem i powiedział, że dostanę pozwolenie na odprawianie Mszy świętej co dzień w celi… Msza w niedzielę i święta była zawsze centralnym punktem w życiu więziennym… maszerowaliśmy na nią w ordynku i każdego zamykano w drewnianej klatce z widokiem na ołtarz i ambonę… nie można było zamienić ani słowa z innymi więźniami.

Wielki Tydzień roku 1938 spędziłem w więzieniu. W Wielki Czwartek proboszcz uzyskał pozwolenie dla uwięzionych księży katolickich na wzięcie udziału w jego Mszy i przyjęcie Komunii świętej… Zdaje mi się, że było nas ośmiu. Wzruszyło nas to głęboko i pozostawiło niezapomniane wrażenie”.

W innym miejscu ojciec Rupert pisał: „Na początku maja 1938 roku strażnik wywołał mnie i powiedział, że będę zwolniony… Musiałem pójść do gabinetu naczelnika. Przyjął mnie jego zastępca, młody asystent. Jak to było w zwyczaju przy zwalnianiu więźnia zaczął od udzielania mi dobrych rad na przyszłość. Gdy skończył, powiedziałem mu, że niewątpliwie ma dobre intencje, ale ja nie proszę o rady. Kiedy się przekroczyło sześćdziesiątkę i od lat było się przyzwyczajonym do pewnej filozofii i sposobu życia, nie jest się skłonnym zmienić tego w ciągu kilku minut… Wtedy powiedział, że przykro mu, iż opuszczam więzienie z takim nastawieniem. Odpowiedziałem, by się nie martwił”.

W liście z Landsbergu do prowincjała, ojca Róscha pisze, że skoro ma zakaz głoszenia kazań, to lepiej by był w więzieniu. Bez głoszenia i to takiego głoszenia, które wtedy było zagrożone więzieniem, jego publiczna misja wobec społeczeństwa traci sens i pozostaje mu proste ubogie życie w zamknięciu, bardziej nastawione na umartwienie siebie samego: 

„Drogi Ojcze Prowincjale. Nareszcie mogę do Ojca napisać parę słów. Ojcu wolę powiedzieć pewne rzeczy niż rodzinie. Proszę, by Ojciec przekazał to, co uzna za stosowne, mojej matce. Jedno wydaje mi się ważne. Będę nadal postępował tak jak przedtem. Gdy mam zakaz głoszenia kazań, jestem naprawdę szczęśliwszy w więzieniu niż na wolności. Od chwili aresztowania sumienie moje doznało pewnej ulgi i dlatego proszę Ojca, by nie starał się o skrócenie wyroku… Chociaż na razie mogę tylko przyjmować Komunię świętą raz na miesiąc, jestem tu otoczony atmosferą religijną… Poza tym prowadzę życie w zupełnym odosobnieniu. Nie martwiłbym się, gdybym miał nigdy nie opuścić więzienia. Czuję, że moje życie dopełniło się. A więc bez apelacji!… Tu mogę praktykować prawdziwe ubóstwo. Szczotka do zębów, grzebień i mydło, różaniec i brewiarz, to wszystko, co zdołałem ocalić, i jeszcze moje buty, bo nie mogę chodzić w żadnych innych. Do jedzenia zmuszam się, bo obiecałem to Ojcu. Mam naturalną skłonność do głodówki. Toby mi nie zaszkodziło. Przeraża mnie jedzenie, kiedy myślę o konieczności zmywania naczyń tłustą ścierką… Z początku ten wstręt był tak wielki, że ledwie mogłem coś przełknąć, ale teraz już jest lepiej. Dobrze byłoby powiedzieć u św. Michała, że nigdy nie doręczają mi paczek ani listów. Dobrzy ludzie powinni o tym wiedzieć… Modlitwa pozostaje jedyną i najlepszą pomocą”.

Kapelan więzienny dał takie świadectwo o ojcu Rupercie: „Przychodziłem do niego co tydzień, by go wyspowiadać. Muszę przyznać, iż wiele mnie to kosztowało. Co mogłem dać komuś, kto tak mnie przewyższał duchowo? Przypominałem sobie słowa św. Jana: «Panie, nie jestem godzien rozwiązać rzemyka u Twego sandała». Lecz ojciec Mayer był tak pokorny, że nie tylko przyjmował każde słowo, jakie wypowiadałem, ale nawet mi dziękował. Przy każdym pożegnaniu prosił mnie o błogosławieństwo”.

Nie mam nic i nikogo prócz Boga

Osiemnaście miesięcy po zwolnieniu z Landsbergu ojciec Rupert został ponownie aresztowany. Tym razem do oskarżeń o głoszenie kazań dodano jeszcze zarzut należenia do spisku monarchistycznego i planowanie zamachu. Z tego ostatniego zarzutu gestapo musiało zrezygnować, oskarżono go jednak o homoseksualizm. 22 grudnia 1939 roku oznajmiono mu, że pojedzie do obozu koncentracyjnego w Sachsenhausen i w towarzystwie dwóch gestapowców przewieziono go tam.

Wspomniał, że w obozie to nie on był najgorzej traktowany: „Ściany są bardzo cienkie. Cokolwiek dzieje się w najdalszym kącie, słychać prawie w całym obozie. Tak więc około dwudziestu razy słyszałem, jak bito więźnia. Jak i czym, nie wiem. Dochodziły odgłosy uderzeń, ale nie słyszało się okrzyków bólu. Raz tylko przypadkowo natknąłem się na bicie więźnia batem… Poza tym, jeżeli o mnie chodzi, to traktowanie było dobre. Ale nigdy nie należy zapominać, że znajdowałem się w więzieniu. Nie miałem żadnej sposobności do pracy apostolskiej prócz modlitwy i pokuty za innych…

Raz zostałem wezwany do biura obozowego. Przyjął mnie zastępca komendanta. Powiedział, że dostanę pozwolenie na odprawianie Mszy świętej w celi, gdy tylko zostaną przysłane potrzebne rzeczy, po czym jego postawa zmieniła się i powiedział surowo: Z rozkazu Reichsfürera Himmlera ma mi zakomunikować, że będę pozbawiony wszelkich przywilejów na dwa tygodnie. Znaczyło to, że nie będę mógł czytać, że wszystkie moje książki i rękopisy zostaną skonfiskowane wraz z kilku innymi drobiazgami. Zapytałem o powód tego. Powiedział, że to z przyczyny mojej postawy. Odparłem, że naprawdę nie mogę sobie uprzytomnić, co złego zrobiłem. Wtedy wściekł się i wrzasnął: «Z powodu całej waszej postawy, jak już powiedziałem». Odrzekłem: «Jeżeli pan mi nie powie szczegółowo, w czym dopuściłem się obrazy, będę postępował nadal tak samo, bo nie wiem, co mogłem zrobić złego»”.

Jak widać, stawiał się nawet w obozie i dbał o godność swoją i innych, co w tamtych warunkach wymagało niemałej odwagi. Dalej pisał: „W wyniku ciągłego chudnięcia proteza nie pasowała już do mego kikuta. Jako prowizoryczny środek wkładałem jedną skarpetkę na drugą. Ale to pozbawiało mnie rzeczywistej podpory. Nie mogąc włożyć następnej skarpetki, pozbawiony zostałem możliwości chodzenia”. Na szczęście dano mu nową protezę i w końcu kwietnia po raz pierwszy mógł odprawić Mszę świętą w swojej celi. 

Jednak spodziewał się śmierci i przygotowywał się na nią. Tak napisał do swej osiemdziesięciosiedmioletniej matki: „Teraz naprawdę nie mam nic i nikogo prócz Boga. I to wystarcza. Staram się pozbyć wszelkich myśli o przeszłości i przyszłości i skupić się jedynie na mojej pracy dzisiejszej; wtedy jestem spokojny. Dni mijają niewiarygodnie szybko. Tak przeto spodziewam się być gotowym, gdy Pan mnie wezwie… Usiłuję modlić się i pokutować. Bóg nie żąda ode mnie więcej, bo inaczej ułożyłby sprawy w inny sposób…”. W innym liście do matki napisał: „Jedno dobro wynikło z tego wszystkiego: bardzo zbliżyłem się do Boga, a tym samym duchowo oddaliłem się od spraw tego świata. Nie martwię się o przyszłość. Pozostawiam wszystko w rękach Boga”.

Jestem jak żywy trup

7 sierpnia 1940 roku ojcu Rupertowi polecono spakować rzeczy i w pół godziny przygotować się do wyjazdu. Zawieziono go pociągiem do Monachium, a stamtąd samochodem do klasztoru benedyktynów w Ettal. Przewieziono go z obozu do monasteru, ponieważ opinia publiczna była tak wzburzona jego aresztowaniem, że hitlerowcy obawiali się, że w razie śmierci zostanie uznany za męczennika. Nie wolno mu było jednak opuszczać klasztoru. Korespondencja miała być ograniczona do spraw czysto rodzinnych i osobistych. Na szczęście życzliwy mu personel urzędu pocztowego w Ettal nieraz przemycał listy adresowane do niego. Nie wolno mu było sprawować publicznie obrzędów religijnych i miał ścisły zakaz słuchania spowiedzi.

„Jestem jak żywy trup – pisał. – Ta śmierć jest gorsza niż śmierć prawdziwa, na którą już się tyle razy przygotowałem. Nie mogę zrobić większej łaski gestapo i całemu ruchowi hitlerowskiemu, niż zniknąć tu spokojnie, ponieważ w oczach wszystkich katolików, z których wielu mnie nie zapomniało, gestapo wypadnie dobrze. Ci poczciwi ludzie powiedzą: «Och, teraz, kiedy jest w klasztorze, będzie mu zupełnie dobrze, a kto wie, co mogłoby mu się stać, gdyby był pozostał w Monachium». Oni nie zdają sobie sprawy, co znaczy dla mnie takie życie, jakie tu prowadzę”.

Zachowywał narzucone mu ograniczenia, ale nigdy nie był bezczynny. „Dla ojca Mayera czynienie dobra było koniecznością i miał do tego szczególny talent – wspomniał brat pielęgniarz. – Nie było zbyt wielkiej przeszkody, gdy chodziło o zaniesienie Komunii świętej chorym w klasztorze. Nieraz musiał się wspinać po schodach kilka razy. Dowiadywał się co dzień o każdego z nich i przesyłał im pozdrowienia wraz z życzeniami zdrowia. Z prawdziwym heroizmem znosił ból sprawiany mu przez protezę. Ból ten był tak wielki, że czasem krzywił się lub wydawał jęk podczas Mszy świętej”.

O Panie, o Panie…

Pod koniec wojny, w 1945 roku, Rupert Mayer wrócił do Monachium. Zbiegli się do niego ocaleli przyjaciele i znajomi. Ludzie przychodzili ze swoimi problemami. Trzeba było się zająć „denazyfikacją”, poszukiwaniem jeńców wojennych, zaginionych, staraniem o żywność, o odzież… 

W pierwszy po upadku Hitlera dzień Wszystkich Świętych ojciec Rupert odprawiał Eucharystię w kaplicy Świętego Krzyża. Po przeczytaniu fragmentu Ewangelia o Błogosławieństwach, zwrócił się do zebranych: „Błogosławieni ubodzy. Kto jest ubogim? Chorzy, bezdomni, więźniowie, sieroty… Kto troszczy się o nich w sierocińcach i szpitalach?… Skąd czerpią swą siłę apostołowie Caritasu? Ze Mszy świętej, z Komunii świętej”. Naraz przerwał i powiedział: „O Panie, o Panie…”. W kaplicy zaległa śmiertelna cisza. Wszyscy patrzyli na postać przy ołtarzu. Ojciec Rupert nie mógł powiedzieć ani słowa. Pozostał, stojąc bez oparcia. Pełną napięcia ciszę przerwał okrzyk kobiety: „Ojciec Mayer, ojciec Mayer!”. Dwaj księża słuchający spowiedzi, przybiegli z konfesjonałów. On stał nadal prosto, usta jego poruszały się, ale nie mogły wydać dźwięku. Wyniesiono go w szatach liturgicznych z kaplicy. Lekarz, który był obecny na Mszy świętej, rozpoznał wylew krwi do mózgu i kazał zabrać go do szpitala. Udzielono mu sakramentu chorych. Umarł około 11 rano.

Jego popularność nie malała wraz z upływem lat. Dlatego oficjalny delegat jezuitów do sprawy jego beatyfikacji Paolo Molinari SJ mógł przemówić do kilku tysięcy ludzi w Monachium: „Jak to się dzieje, że ojciec Rupert Mayer trzydzieści lat po śmierci pozostaje tak inspirującym ideałem? Pierwszą odpowiedzią jest fakt, że ojciec Rupert Mayer był prawdziwym człowiekiem, który miał zasady i żył zgodnie z nimi; kochał prawdę i walczył za nią; trzymał się niezachwianie prostej drogi; nazywał dobro dobrem, a zło złem i nie wahał się podejmować największych poświęceń byle nie zdradzić swoich przekonań. Nie ugiął się pod rządami nazistów, lecz uczciwie walczył o prawdę, sprawiedliwość i wolność. Nigdy też nie poddał się gestapo, ani w więzieniu, ani w obozie koncentracyjnym”.

Hipokryci i tchórze źle służą ojczyźnie

Ojciec Mayer uważał, że obrona Kościoła przed partią narodowosocjalistyczną jest obroną konieczną i zgodną z konkordatem z 1933 roku. W swoich kazaniach kładł nacisk na to, że katolik nie może współpracować z systemem totalitarnym, który wprowadza kryterium rasy i dzieli ludzi na bardziej i mniej wartościowych, który rości sobie prawo do ingerowania w każdą dziedzinę życia, który inspirowany zaciekłym antysemityzmie dąży do wyeliminowania Biblii jako księgi żydowskiej i zmierza do zastąpienia Kościoła jakąś narodową wspólnotą wiary.

Bronił Kościoła. To prawda. Ale bronił też państwa. Bronił przed totalitaryzmem, czy to hitlerowskim, czy komunistycznym. Bronił państwa przed partyjnym zawłaszczeniem. Chodziło o ratowanie podstawowych funkcji instytucji państwowych, które naziści sobie podporządkowywali. Efektem takiego zagarnięcia było na przykład to, że policja zamiast bronić przed przemocą bojówkarzy przymykała oczy na ich terror. Chodziło też jednak o propagandę, która monopolizowała przepływ informacji i wmawiała, że wszelka krytyka nazistów jest „niepatriotyczna”. Ojciec Rupert przełamywał ten monopol. Dlatego zakazywano mu głoszenia kazań i więziono go za łamanie tego zakazu. Walka o wolność słowa była dla niego fundamentalną częścią jego misji. Do tego stopnia, że pozbawienie go możliwości publicznego zabierania głosu skłaniało go do proszenia, by nie składano apelacji od wyroku. Nie chciał wyjść z więzienia, skoro nie mógł głosić kazań. Wolność bez wolności słowa nie miała dla niego sensu. Wolał być więźniem sumienia.

Domagał się też zachowywania praw podstawowych i w konsekwencji między innymi prawa do szkół wyznaniowych. Krytykował pozorny legalizm, czyli uchwalanie zarządzeń niezgodnych z wyższym prawem, jak na przykład konkordat. To jego protestowanie wzbudzało oczywiście ogromną i z wysoka inspirowaną – jak powiedzielibyśmy dziś – falę hejtu. Uderzano w jego patriotyczny autorytet zdobyty między innymi podczas wojny. Oficjalna propaganda oraz ówczesny aparat sprawiedliwości (gestapo) nurzały go w błocie. Zdołał zachować wśród wielu ludzi dobre imię również dzięki swojej ofiarnej pracy na rzecz ubogich, pokrzywdzonych i odrzuconych. 

Wspominałem już o tym, że Rupert Mayer na pytanie zadane w kwestionariuszu więziennym, co sądzi o narodowym socjalizmie, odpowiedział, że aby nie obrazić władzy, nic nie napisze. Nie chciał być bowiem hipokrytą, ponieważ hipokryci i tchórze źle służą ojczyźnie. To chyba esencja jego duchowości, duchowości patrioty. Bo z jednej strony mamy szacunek wobec władzy, a więc i państwa, a z drugiej – wskazanie tego, co źle służy ojczyźnie, czyli hipokryzji i tchórzostwa wobec tejże władzy.

Na prymicjach kaznodzieja przepowiadał księdzu Rupertowi, że nie będzie się bał ludzi. Jan Paweł II doświadczył podczas wojny na własnej skórze, jaki los owi ludzie mogą zgotować innym ludziom. Może dlatego 3 maja 1987 roku wyniósł na ołtarze ojca Ruperta Mayera nazwanego „walczącym kogutem”?


Korzystałem z książek: S. Cieślak, Błogosławiony Rupert Mayer SJ, Kraków 2010; R. Mayer, Mądrość prawdy. Myśli, Wrocław 1994; P. Riester, Rupert Mayer SJ, b.m.w. 1987.

Tekst opublikowano pierwotnie w „Życiu Duchowym” (Wiosna 98/2019, Duchowość patrioty)

***

Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.