Cieszy szybka reakcja Kościoła na to, co się stało w Jarosławiu. Szczególnie poruszające dla opinii publicznej było kazanie poszkodowanego księdza. To, że prosił, by nie stosować odpowiedzialności zbiorowej i nie obarczać narodu zbrodnią jednostki jest nie tylko jak najbardziej zasadne, ale też bardzo potrzebne w sytuacji, jaką tworzy wojna u naszych granic. To oczywiste. Pięknym świadectwem są również słowa o przebaczeniu, jakie padły z ust rannego kapłana, którego współbracia zostali również ugodzeni nożem, a jeden z nich zmarł. Przeżywamy to kazanie jako dar. Jest darem dla wspólnoty Kościoła i dla wszystkich, którzy go wysłuchali.
Ale w tym całym przekazie medialnym kryje się pewne niebezpieczeństwo. Mianowicie słowa o wybaczeniu mogą być odebrane również jako zawyrokowanie o winie tego nożownika. Jest tam mowa o winie pojedynczego człowieka. I rzeczywiście, zabójstwo to bardzo poważny grzech. Ale mówiąc klasycznym językiem Kościoła musimy powiedzieć, że to tylko materia grzechu. Trzeba sobie jeszcze zadać pytanie, czy ten czyn był dokonany świadomie i dobrowolnie. Dopiero wtedy możemy mówić o winie.
Wiele wskazuje na to, choć jeszcze nie jest przesądzone, że ten zabójca był zaburzony. Nie wiem, czy był to tylko chwilowy amok, czy na przykład utrwalona choroba psychiczna, o czym może świadczyć jego dotychczasowa historia. W każdym razie, mimo, że mamy do czynienia z przestępstwem, nie możemy z góry wyrokować o grzechu. Takie jest nauczanie Kościoła.
Czy jest wina?
Rozumiem, że zwykły człowiek może to odczuwać inaczej. Dlatego bywamy skłonni do linczu. Stąd potrzeba, by wymiar sprawiedliwości izolował i przez to również chronił sprawców szczególnie głośnych przestępstw.
Ale również powinniśmy uważać ze słowem przebaczam. Nie można przebaczać komuś, kto nie jest winien. Słowo przebaczam może nawet oznaczać imputowanie winy. Bywa, że zwłaszcza w relacjach społecznych „przebaczamy”, by podkreślić czyjąś winę, a nawet nią obarczyć. Resentyment może objawiać się ciągłym przebaczaniem.
Mówienie o przebaczaniu, zwłaszcza nieustanne, bywa tak naprawdę przykrywką dla zdejmowania winy z siebie. Bo uwypukla winę innych. Dlatego tak ważne jest to, by brać pod uwagę sytuację przestępcy. Rozważyć jego uwarunkowania, stopień wolności i świadomości tego, co się działo. Pod uwagę musi być wzięta również historia jego życia, a także bliższa historia danego wydarzenia. Nie zapominajmy, że ten człowiek przyjechał do Jarosławia odzyskać samochód, który mu skonfiskowano na granicy i przez to nie mógł jej przekroczyć wracając na Ukrainę.
Nie chodzi o to, by zabójstwa nie nazywać zabójstwem. Ale by zrozumieć, jak do niego doszło. A to się może przydać na przyszłość.
Nie jest łatwo podjąć takie wyzwanie, zwłaszcza gdy podlegamy mocnym emocjom. Tym bardziej że to może być bolesne, gdy winę trzeba będzie rozdzielić też na innych, a może nawet na nas samych.
Co mają przeciw nam?
Zatem jak podejść do modlitwy „i przebacz nam nasze winy, jako i my przebaczamy naszym winowajcom”? Pewnie najlepiej byłoby cierpliwie dogrzebać się do kontekstu, w którym powstała wina wobec nas. I prawdopodobnie my sami byśmy sobie życzyli, by i nas tak potraktowali ci, przeciw którym zawiniliśmy. Stąd pewnie warto to ćwiczyć również na własnych grzechach przy okazji spowiedzi i rachunku sumienia. Co zresztą zaleca sobór Trydencki.
Ale nie zawsze możemy dotrzeć do sumienia naszych winowajców. Co wtedy?
Może przynajmniej spróbujmy popatrzeć na nas samych z perspektywy „naszych winowajców”. Jakie uprzedzenia mogły się w nich zrodzić? Czego mogli nam zazdrościć? O co nas winili? Jednym z przykładów biblijnych takiego myślenia jest relacja między Józefem Egipskim a jego braćmi. Czemu chcieli go zabić, a jednak później „tylko” wrzucili go do studni i sprzedali w niewolę?
Foto: Emde-project, CC BY-SA 4.0 / Wikimedia Commons
***
Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
