Poznać głupiego po śmiechu jego

Poznać głupiego po śmiechu jego”. Czy robimy sobie rachunek sumienia z naszego śmiechu? Nawet wtedy, gdy jest aż tak sztuczny, że wydawałoby się, iż nic nie mówi.

„Bo to, widzi panienka, po czym poznać głupiego? Po śmiechu jego”. Taką maksymę umieściła Eliza Orzeszkowa w swojej powieści „Nad Niemnem”.

Mówi się, że najwyższy czas zawalczyć o język. Że trzeba pilnować, by używano różnych wyrażeń, z zwłaszcza epitetów, adekwatnie do sytuacji. Że musimy przeciwstawić się oszukiwaniu nas przez słowa, które nic nie znaczą, a właściwie niczego nie wyjaśniają i nie tłumaczą. Albo poniżają, zalewają negatywnymi emocjami, tak byśmy nawet nie próbowali kogoś zrozumieć. Lub – broń Boże – bronić.

Jednak przysłowie „Poznać głupiego po śmiechu jego” mówi nie o wyartykułowanych treściach, ale o gestach czy dźwiękach. To, jaką ktoś ma minę na twarzy, też może być kłamliwe, poniżające a nawet uwłaczające poczuciu sprawiedliwości. Wyśmiewając można skrzywdzić, zranić. To oczywiste. Można też skłonić innych do odrzucenia lub potępienia kogoś.

Śmiech ma znaczenie

Śmiech może prowadzić do banalizowania. Problemy stają się niewarte podejmowania prób ich rozwiązania, gdy są nieustannym przedmiotem żartów. Rechot skłania do przekonania, że i tak nie da się nic zrobić. Kawały o zagładzie świadczą o odwracaniu się od niej. Poznać głupiego po rechocie jego, bo stanięcie po stronie ofiar jest poza jego horyzontem moralnym.

Są i tacy, którzy wyśmiewają zagrożenia. Bywa, że są przekonani, iż one zostały przerysowane. Nieraz tak myślą, bo ich nie znają. Są tutaj ignorantami. Ale i znajdują się tacy, którzy pragną oszukać publiczność, zdemobilizować wobec nadciagającego wroga. Śmiech może się rodzić z niedoceniania. A może być i wynikiem przeceniania. Odreagowujemy nim paraliżujący strach.

Błaznowanie ma różne wymiary. Może poruszać sumienia. Trafny żart, wykpienie jakiejś ugruntowanej postawy, zwłaszcza u kogoś na stanowisku, to może być jedyna droga do skutecznego zawstydzenia. Do tego nie przypiera do ściany tak mocno, by nie można się było przyznać przed samym sobą do trwania w błędzie. Zostawia pewne pole wolności, konieczne do nawrócenia. Ale błaznowanie może i zniechęcać do gruntownej zmiany. Jest taka satyra, która zastępuje krytykę albo wręcz ją uniemożliwia. Tani żart, harmider może zagłuszać sumienie. Nie daje przestrzeni na zastanowienie. Tylko udaje sztukę, a jest jarmarczną rozrywką.

Błazen na tronie

Coraz bardziej szokuje nas błazen na wysokim stanowisku. Bywa nagradzany popularnością w mediach. Przebija się na pierwsze strony, bo intryguje. Ale kiedy wypowiada się na naprawdę poważne tematy, żywotne dla naszego bezpieczeństwa, to nasze poczucie bezpieczeństwa bardzo na tej błazenadzie cierpi. Tym bardziej, że jest ona odbierana jako efekt jego deficytów osobowościowych. Błaznuje, bo chce być na topie, a brakuje mu rzetelnych argumentów. Nie może powiedzieć, o co mu chodzi, bo ma niecne cele. Zatem: „kręci piruety”, by nic nie powiedzieć lub rzucić publiczności jakieś błyskotki udające rozwiązania, ale bardzo szybko znikające w niepamięci, ponieważ przykrywane następnymi strzałami na wiwat. A wszystko to umaszczone uśmiechami, gestami i mimiką utrzymującą atmosferę niezobowiązującą do brania odpowiedzialności za kłamstwa. Przecież takie kłamstewka potrafią mile rozśmieszyć.

Błaznowi na tronie towarzyszy też schlebiający śmiech dworzan połączony z oklaskami. Poznać pochlebcę po śmiechu jego. Smutne to zwłaszcza wtedy, kiedy władca domaga się wdzięczności za jego błazenady. A poddani bojąc się nagany, wypadnięcia z łask, a nawet ukarania uśmiechają się posłusznie wychwalając geniusz „zbawcy”. Gorzej, gdy w niego wierzą. A z czasem to się zdarza, bo trzeba przed samym sobą stopniowo usprawiedliwiać własne pochlebstwa.

Błazen ma swoją rolę do odegrania. Może być pożyteczny. Ale to powinien być jeden z poddanych, a nie król. A w zasadzie nie ten, kto ma realną władzę w rękach, kto decyduje o życiu lub śmierci. Bo „malowany” przywódca pewnie może wnieść trochę humoru. O ile ma wyczucie smaku.

„Poznać głupiego po śmiechu jego”. Czy robimy sobie rachunek sumienia z naszego śmiechu? Nawet wtedy, gdy jest aż tak sztuczny, że wydawałoby się, iż nic nie mówi.

***

Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.