Pochwała wstydu

Niektórym męstwo myli się z przemocowością. Podobnie jak „Ecclesia militans” z Kościołem wygrażającym mieczem.

Na swoje osiemdziesiąte urodziny Trump urządził zawody w „mordobiciu”. Ma prawo świętować, jak chce. Ale jakoś trudno nie współczuć Amerykanom, że połączył to z obchodami 250 lat istnienia Stanów Zjednoczonych. I do tego ta impreza odbywała się przy Białym Domu.

Ten kontekst pokazał światu nie tylko to, co lubi obecny prezydent USA, nie tylko wskazał jaki typ osobowości prezentuje, ale również zasugerował, że Ameryka szczyci się „mordobiciem”. W dniu celebracji swojego jubileuszu taki właśnie symbol zaprezentowała jako charakterystykę wartości jej drogich. Nic dziwnego, że kilku przywódców innych państw nie przyjęło zaproszenia do kibicowania tym walkom.

Czy Ameryka jest rzeczywiście taka? Zapewne nie cała. Wskazują na to sondaże mówiące o co najwyżej szesnastoprocentowym poparciu dla owej imprezy. Dlatego współczuję Amerykanom. Ale z drugiej strony obserwujemy tendencję powracania do narracji zaciśniętej pięści. Narracji, która ma odstraszać. Ona, jak uczy historia, prowadziła prędzej czy później do wojny. Ale jest jakoś zrozumiała w ustach kraju, który spodziewa się agresji wobec siebie.

Męstwo czy przemoc?

Dużo bardziej szokuje na okładkach mediów katolickich. Łapię się na tym, że na pierwszy rzut oka wydaje mi się, że mam do czynienia z wydawnictwem „Bellony”, a okazuje się, że to „Gość Niedzielny”. Ręce opadają. Zwłaszcza w czasach, gdy mniej się czyta, a raczej ulega się sugestiom obrazkowym. Wręcz wygląda na to, że polemika między różnymi redakcjami (i ich środowiskami) odbywa się nie tyle na poziomie artykułów, co memów, jakimi stają się właśnie okładki. Tak łatwiej dokopać. Napisałem „dokopać”, bo przecież nie chodzi tylko o „mordobicie”. Owa gala to nie była szermierka na pięści. Tym bardziej, że sędzia podczas niej nakazał dalszą walkę zawodnikowi uznanemu przez lekarza za niezdolnego do jej prowadzenia.

Niektórym męstwo myli się z przemocowością. Podobnie jak „Ecclesia militans” z Kościołem wygrażającym mieczem.

W tym miejscu wypadałoby zapytać o Ewangelię. Lecz to zbyt oczywiste pytanie. A jednak żyjąc w cieniu „pełnoskalowej” wojny, musimy się zastanowić, jak taki cień wpływa na zmiany w akceptowaniu przemocy. Kościół przez wieki przeszedł od perspektywy ofiary przemocy do usprawiedliwiania stosowania jej wobec „barbarzyńców”, a nawet do sakralizowania wojny. Teraz, gdy ludzkość szuka pokoju, by nie ulec autodestrukcji, Kościół jej w tym towarzyszy i powraca do swoich źródeł ewangelicznych. Ale, jak się okazuje, stare wzorce stają się znowu atrakcyjne. Tym bardziej, że już wymiera pokolenie pamiętające rzezie wojen światowych.

Wojna to ostateczność

Co zatem? Warto chyba zwrócić uwagę na pewną istotną różnicę w podejściu do zabijania. Tradycyjna nauka Kościoła mówi o obronie koniecznej. Gdy ktoś chce zabić mnie, i nie mam innej możliwości, by mu w tym przeszkodzić, to mogę go zabić. A gdy chce (lub chcą) zabić „moich”, to mam obowiązek ich bronić nawet aż do zabicia napastników (o ile jest to konieczne dla skutecznej obrony). Zostawmy na boku dyskusję nad tym, co oznacza „moich” i czy nie są to może wszyscy napadnięci, a nie tylko współobywatele. Bardziej spróbujmy skupić się na desakralizacji wojny.

Sądzę, że mimo wszystko dojrzewamy do poczucia, że wojna to ostateczność. Że sięganie po nią bez wyczerpania wszystkich innych środków to zło, to grzech. Ona może w pewnych wyjątkowych okolicznościach wynikać z obowiązku moralnego, ale nie możemy jej przez to „uświęcać” (jak środki prowadzące do celu).

Rozumiem, że wojowanie wymaga ofiar, a zatem potrzebujemy propagandy nakłaniającej do poświęcenia. Stąd kreujemy różne „ołtarze” do składania takich wojennych ofiar. Ale sakralizowanie wojny, w tym używanie „Gott mit uns”, to próba stępiania naszego wstydu. A my tak naprawdę wstydzimy się, że zabijamy ludzi. To jest głęboko wpisane w nasze sumienie. A ono dochodzi do głosu zwłaszcza wtedy, gdy twarzą w twarz uśmiercaliśmy. Nieraz musimy odbierać życie. Ale to jest nieludzkie i dlatego zazwyczaj prawdziwi kombatanci nie chwalą się tym.

Podobnie jest z przemocą. Stąd wobec takich „manifestacji” jak np. przed Białym Domem nie tylko rodzi się współczucie, ale i na usta ciśnie się pytanie: „Nie wstyd wam?”.

***

Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.