Biskup Jeż z Tarnowa stanął przed sądem. Nie chciałbym wydawać wyroku w jego sprawie. I nie piszę tego po to, by się nie narażać. Po prostu sądzę, że w jego sprawie istotna jest uzurpacja, jeśli chodzi o decydowanie o winie. A ja również nie mam tutaj prawa do takiego rozstrzygania.
Mianowicie, co prawda biskup jest oskarżony o zwłokę, ale wydaje mi się, że jego problem ma swoje źródło w specyficznym rozumieniu tego, że zgłoszenia czynów pedofilskich powinny być wiarygodne. Takie podejrzenie zrodziło się we mnie, gdy usłyszeliśmy z jego ust, iż stoi przed sądem paradoksalnie dlatego, że był zbyt gorliwy. Czyli nie dlatego, że z zaniedbania spóźniał się ze zgłaszaniem swoich księży pedofili do prokuratury. Przeciwnie: tak dokładnie badał ich sprawy, że w konsekwencji wyniknęły z tego opóźnienia.
To oburzyło wielu. Dlaczego? Prawdopodobnie dlatego, że biskup chyba niechcący potwierdził, iż gdy jego konfratrzy zamiatają pod dywan takie sprawy, to unikają sądu państwowego. Ale jest jeszcze inny powód, chyba mniej dostrzegany, na który chciałbym zwrócić uwagę. I nie tyle chodzi tutaj o postawę biskupa Andrzeja, co bardziej o „odwieczną” mentalność hierarchów.
Nabrać pewności
Podejrzewam, że ordynariusz diecezji chciał nabrać pewności co do winy zgłaszanych kapłanów przed przekazaniem owych zgłoszeń do organów ścigania. Wydawałoby się, że nie ma w tym nic złego. Nie wiem, ale prawdopodobnie – jako „ojciec kapłanów” – nie chciał ich pochopnie oskarżać. Może chciał być kryty wobec swojego otoczenia, które mogłoby mieć do niego pretensje, gdyby owi oskarżeni zostali jednak oczyszczeni z zarzutów. Mógłby wtedy wykazać, że nie kierował się swoimi podejrzeniami, ale wyrokiem Stolicy Apostolskiej. Dlatego zanim zgłaszał do prokuratury czekał na taki wyrok. A to trwało na tyle długo, że nie było mowy o niezwłocznym zgłoszeniu.
Tyle że, jak się okazało, nie tylko doprowadził do przedawnień, co było potęgowaniem krzywdy ofiar, nie tylko narażał dalsze potencjalne ofiary, bo opóźniał nałożenie sankcji zapobiegawczych, ale też uzurpował sobie prawo do wydawania wyroku. On już nie zawiadamiał prokuratury o podejrzeniu przestępstwa. On ją zawiadamiał, gdyż był pewny, że przestępstwo miało miejsce. I właśnie dlatego zawiadamiał.
Wydaje mi się, że w jego mniemaniu zakończenie dochodzenia w dykasterii rzymskiej dawało mu podkładkę do tego, by mógł ze spokojnym sumieniem wydać wyrok na swojego kapłana. Sęk w tym, że nikt nie oczekiwał od niego takiego wyroku. On miał tylko zawiadomić o podejrzeniu. A wyrokiem miał się zająć sąd. Sąd niezależny od biskupa.
Bez zachowania procedur
Jak wspomniałem, nie osądzam bp. Jeża. Natomiast wydaje mi się, że jego casus jest symptomatyczny dla mentalności wielu ordynariuszy. To podejrzenie uwiarygodniają odkrycia komisji sosnowieckiej. Znaleziono dowody na to, że doniesienia o wykorzystaniu seksualnym dzieci nie były nawet rejestrowane w kurialnym archiwum. Natrafiono na nie w prywatnych papierach zmarłego biskupa z odręczną uwagą, że to oszczerstwo. I jednocześnie nigdzie nie ma śladu na temat przesłuchania dziecka lub jego matki, która rozmawiała na ten temat z kapelanem szpitala, w którym dziecko było leczone i gdzie miało dojść do wykorzystania przez innego księdza. Ów kapelan napisał do biskupa, ale nawet tego kapelana nie przesłuchano. Biskup wydał wyrok w owej sprawie pisząc jedno słowo na odwrocie listu i chowając zawiadomienie do swojej prywatnej szuflady. Ominął kurię (w tym jej dziennik podawczy).
Najwyraźniej nie patrzył na siebie, jak na urzędnika owej kurii. To ona należała do niego, a nie on do niej. Nie musiał się liczyć z procedurami.
Pozornie jest to zachowanie odwrotne do postępowania biskupa tarnowskiego. Ale to też jest wydanie wyroku bez zachowania procedur. Wynika ono z przekonania, że ordynariusz jest sędzią we własnej sprawie. On decyduje, jakim prawom ma się poddać, a jakie może ominąć, bo uważa, że tak będzie lepiej. Wtedy też przejrzystość i kontrola stają w poprzek drogi, kiedy chodzi o ratowanie dobrego imienia.
Sędzia we własnej sprawie
Nie jest moją rzeczą zarzucanie biskupowi Jeżowi złych intencji. Wydaje mi się, że zostanie skazany, bo jednak „ponad rok” to nie jest niezwłocznie. Pewnie taki wyrok stanie się przestrogą. Przed czym? By pewności nie mylić z podejrzeniem. A przede wszystkim, by nie wyręczać władzy, gdy ta nie do mnie należy.
Musimy się nauczyć, że wszyscy żyjemy w demokratycznym państwie prawa, w którym obowiązuje trójpodział władzy. A i Stolica Apostolska od jakiegoś czasu zdjęła z barków ordynariuszy część władzy sędziowskiej. Tak by nikt nie był sędzią we własnej sprawie. I w sprawie swoich pracowników (żeby nie powiedzieć „synów”).
***
Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
