Niewyartykułowane

Ten „nieartykułowany” krzyk to znak, że trzeba przed wszystkim wysłuchać. Po co? Bo liczy się przed wszystkim to, by człowiek usłyszał samego siebie.

Gdy spotykamy się z ludzkim płaczem lub krzykiem, nierzadko czujemy się bezradni. Może to wynikać z tego, że nie rozumiemy, o co chodzi cierpiącemu. Nie jesteśmy w stanie dociec, na czym polega jego problem, bo on nie mówi, tylko wydaje z siebie jakieś dramatyczne dźwięki. Bywa, że ten dramatyzm objawia się szeptem tak wycofanym, iż nic nie mówi, poza tym, że ktoś jest w szczególnie trudnym położeniu. Jak szukać rozwiązania, gdy nie wiemy, o co chodzi? To nie jest komfortowa sytuacja. Odruchowo od niej uciekamy. Irytuje nas.

Gdy niewidomy przy drodze krzyczał do Jezusa, ludzie go uciszali. Pewnie byli zirytowani jego wydzieraniem się. Jezus nie uciszył go szybkim uzdrowieniem. Spytał go, o co mu chodzi. Sprawił, że ten chory przeszedł od krzyku do rozmowy. I wtedy mógł powiedzieć niewidomemu, że jego wiara go uzdrowiła. Wtedy, gdy żebrak jasno powiedział, o co mu chodzi.

Gdzie jestem i czego potrzebuję?

Ludzie płaczą, że jest im źle. Lecz trudno im się zdobyć na powiedzenie (przede wszystkim sobie samym), czego potrzebują, by było im dobrze. Jakiego programu naprawczego oczekują. W czym im pomóc. Ten niemy krzyk jest niemy, bo niewiele więcej komunikuje poza bólem. I chyba dlatego jest niemy, bo z jednej strony „chory” boi się diagnozy, a nawet terapii, a z drugiej wątpi, że może zostać wysłuchany i zrozumiany. Zatem nie ma sensu mówić wyraźnie i dotykać przyczyn, a może nawet win. Ale, jak o tym świadczy pytanie Jezusa, właśnie wyraźne mówienie jest wyrazem wiary, która uzdrawia. Proces dochodzenia do prawdy o sobie ma uzdrawiać. Gdzie jestem i czego potrzebuję? Stąd możemy powiedzieć, że poczynając od sokratejskiego dbania o duszę, a kończąc na psychoterapii, dostajemy narzędzia do rozwijania wiary, o której możemy za Jezusem powiedzieć: „Twoja wiara cię uzdrowiła”.

Warunkiem jest przejście od krzyku do rozmowy. A zatem potrzeba warunków do wysłuchania. Nie tylko „kozetki”, ale i kogoś kto słucha. Kogoś, kto da mi swój czas, uwagę, empatię, kto zechce wysilić się, by odkryć i zrozumieć.

To jest też doświadczenie i mądrość, do której dochodzi ludzkość. Kościół nieprzypadkowo właśnie teraz stara się iść drogą synodalną, czyli przede wszystkim (lub może lepiej: przed wszystkim) drogą słuchania. I nie chodzi tu tylko o dobro chrześcijan. Ten „eksperyment” to także wskazówka dla nas jako społeczności. Bo przecież jakże często spotykamy się ze zbiorowym krzykiem, z którym nie da się dyskutować, gdyż wydaje się zbyt prymitywny.

Przed wszystkim wysłuchać

Reagujemy zgorszeniem, niesmakiem wobec kibolskiej agresji słownej i nie tylko, wobec akcji i manifestów terrorystycznych, wobec zupełnego braku kultury i wyrobienia komunikacyjnego najróżniejszych „dziwaków”, bełkotu wyznawców antynaukowych teorii spiskowych czy populizmów lub choćby wobec obraźliwych happeningów. Zastanawiamy się, czego chcą. Uciszamy ich obelgami i może zasłużonymi epitetami. Ale przede wszystkim ich nie rozumiemy! A jeśli próbujemy zrozumieć, to dlatego, że po tamtej stronie barykady kogoś znamy, mamy jakąś rodzinę, spotykamy się. Zatem jakoś tam słuchamy, a potem zastanawiamy się. Poznajemy konkretne opowieści, historie.

Przesadziłem? Może. Bo przecież chwilami mamy już ich dość i nie chcemy ich słuchać, ponieważ oni nas w ogóle nie chcą słuchać. Tylko się drą, drwią lub uciekają, kiedy chcemy coś im wytłumaczyć, gdy wzywamy do racjonalności. Wysłuchiwanie wcale nie jest łatwe, gdy mamy wiele do powiedzenia. Jesteś przekonany, że masz rozwiązania. Kiedy już wiesz, jakiej rady udzielić i jaką receptę wypisać, to po co dalej słuchać? Tak myślimy. Ale ten „nieartykułowany” krzyk to znak, że trzeba przed wszystkim wysłuchać. Po co? Bo liczy się przed wszystkim to, by człowiek usłyszał samego siebie, by miał szansę zrozumieć siebie, a nie tyle byś Ty go zrozumiał. Choć twoje zrozumienie odgrywa w tym niebagatelną rolę. Ale potem. 

Biblia głosi, iż wiara rodzi się ze słuchania. Tylko czy tego, co z góry spływa, czy raczej z dołu wypływa? Odpowiedź jest na tyle trudna, że wzbudza w niejednym „hierarsze” co najmniej rezerwę do drogi synodalnej.

Czy taki proces jest możliwy w social mediach? To dylemat cywilizacyjny, bo przecież komunikacja społeczna jest już obecnie trudna do wyobrażenia bez Internetu. A czy wytwór AI może nas tak wysłuchać, by powiedzieć „Twoja wiara Cię uzdrowiła”? Czy to dylemat religijny?

***

Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.