Między brzmieniem a milczeniem

Obawa, że pauza otworzy bramę do naszego wnętrza jest zabójcza nie tylko dla liturgii. To problem każdej rozmowy.

Jesteśmy przekonani, że tłumacz pomaga nam w komunikowaniu. Bardziej lub mniej sztuczna inteligencja daje nam dostęp do dogadywania się w obcych językach. Ale, aby biegle mówić w  języku innym niż nasz rodzimy, nie możemy ciągle tłumaczyć „na nasze”. Tak naprawdę reagujemy dźwiękami na dźwięki, których już sobie nie tłumaczymy, bo już nie są nam obce. Biegłe komunikowanie, to komunikowanie bez tłumaczenia. Dopiero wtedy język przestaje być zawadą. Po prostu nas niesie i pozwala na ekspresję, która staje się prawdziwą komunikacją emocji i tego wszystkiego, co niewerbalne, choć przekazywane w czasie rozmowy.

Między dźwiękami

Skupiamy się wtedy na brzmieniu i na pauzie, czyli na tym, co między dźwiękami. Na wagę brzmienia wskazuje nam istnienie języków tonalnych, gdzie znaczenie słów zmienia się wraz ze zmianą tonu ich wypowiadania. Są to dla nas języki dość egzotyczne. Ale nawet w kontakcie z bliższymi nam ludami możemy zauważyć, że jeśli zmienimy tylko akcent w np. włoskim słówku, to wielu Włochów nas nie zrozumie. Po prostu „zaśpiewamy” to inaczej niż oni zawsze to śpiewają. I wtedy mają zdawałoby się, że dziwny, ale realny problem ze zrozumieniem. Muszą się domyślać, o co nam mogło chodzić.

Do tego dochodzą starożytne języki mające akcent zdaniowy, co utrudnia nam tłumaczenie odseparowanych słów. Zdanie musi wybrzmieć do końca, by można je było zrozumieć.

To „wybrzmienie do końca” wskazuje na konieczność pauzy międzyzdaniowej. Bez niej trudniej o szansę na zrozumienie. Termin „znaki przestankowe” wziął się chyba z głębokiego zrozumienia, że zdania złożone składają się ze zdań. Co prawda podrzędnych lub równorzędnych, ale jednak zdań. A zatem między nimi też wymagany jest „przystanek”, a więc zatrzymanie się.

Ucieczka przed ciszą

Doceniają to poeci oraz twórcy muzyki i pieśni. Stąd irytująca jest maniera ignorowania pauzy w kościołach. Organiści, śpiewający psalmy, lektorzy, kaznodzieje zdają się być tak znużeni powtarzającymi się tekstami, że trajkoczą jak katarynki, czyli maszyny (sztuczne inteligencje?), nie mające wyczucia na milczenie. Choćby minimalne.

Oczywiście podczas liturgii mamy i chwalebne przykłady wirtuozerii słownej oraz muzycznej, lecz często towarzyszą im nie tylko dość przeciętne recytacje czy śpiewy, ale również „katastrofy” utrudniające owocny udział w liturgii. Nieraz wynikają z tremy, popychającej do chęci jak najszybszego zakończenia „występu”. Stąd przyspieszanie kosztem pauzy. Bywa, że jest to maniera wynikająca ze znużenia, bo już niczego nowego się nie spodziewamy. Może to być też chęć wyrwania się na pierwszy plan i wynikające z tego zniecierpliwienie wobec akompaniowania innym. A może to być zwykły brak kultury.

Gorzej, gdy jest to ucieczka przed ciszą. Bo boimy się echa w naszym sercu. Bo boimy się, że tekst czy melodia przemówi do naszego sumienia. Ta obawa, że pauza otworzy bramę do naszego wnętrza jest zabójcza nie tylko dla liturgii. To problem każdej rozmowy. Ileż razy podejrzewamy, że czyjś nerwowy słowotok ma na celu niedopuszczenie do reakcji!? Mówimy, ale tak, by nie było rezonansu.  Nie ma czasu, a więc i przestrzeni, na echo. Na to, by słowo wybrzmiało, by się odbiło, by wróciło. Zagłuszamy owo falowanie przez następne zdania.

Coś pomiędzy

Martwi mnie taki sposób odmawiania różańca, który nie ma nic wspólnego z rozważaniem tajemnic. Rozumiem rolę transu w doświadczeniu religijnym. Ale trans to nie jest pilnowanie schematu, podobnie jak natchniony taniec to nie jest skupianie się na kroczkach. Dlatego, gdy ktoś mnie zachęca do rozważania tajemnic ewangelicznych, to wolę różaniec z dopowiedzeniami, tę starodawną metodę (XV w., Trewir, mnisi kartuscy, bł. Dominik z Prus), odświeżoną przez pochodzącego ze Śląska ks. Blachnickiego i z powodzeniem stosowaną przez pierwotne oazy, u dominikanów, w Ruchu Szensztackim, u inspirujących się s. Faustyną itp.

Ciekawe, że mimo problemów z początkującymi, we wspólnym odmawianiu psałterza przez zakonników i ich przyjaciół, używa się odrobinę dłuższej pauzy po wersecie. Nie jest łatwo zachować ów rytm, ale jednak mnisi lub mniszki kładą na niego nacisk. Zdanie ma szansę wybrzmieć. Czy tak nie powinno być również ze śpiewaniem psalmu podczas Mszy św.? Tym bardziej, że najczęściej śpiewa lub recytuje go solista.

Powszechnie to zaniedbujemy, pewnie dlatego, że to wymaga dyscypliny. Czyż taka dyscyplina nie przydałaby się podczas debat w mediach (i nie tylko)? Dać ludziom szansę nawet nie tyle na odpowiedź, co przynajmniej na ułamek zastanowienia się nad tym, co usłyszeli. Wtedy nie bylibyśmy skazani na ocenianie merytoryczności wypowiedzi tylko na podstawie barwy głosu, brzmienia dyskutantów. Choć to brzmienie ma swoją wagę. I wybrzmiewa wiarygodniej, gdy daje czas na wybrzmienie. Na coś pomiędzy… 

Echo to już nie głos i jeszcze nie milczenie. Jest jak fala zapraszająca do zatrzymania się i zaglądnięcia w głębię przestrzeni. O ile nie zaburzymy jej hukiem kontrfali.

***

Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.