Ciekawe, czy doczekamy się wiecu politycznych populistów w obronie krzyża na tle wysypiska śmieci pełnego stosów właśnie krzyży? Wydawałoby się, że to przesada, że to niemożliwe. A jednak w naszym otoczeniu są miejsca, które nadawałyby się na takie manifestacje. Wystarczy zbliżyć się do cmentarzy. Ileż tam wyrzuconych zniczy z bardziej lub mniej plastykowymi krzyżami je „zdobiącymi”.
To jednak nas nie gorszy. Czyżby stępiała nasza wrażliwość? Możemy tłumaczyć się koniecznością handlową. Branża pogrzebowa musi z czegoś żyć. A wiadomo, że najwięcej zarabia się na „chińszczyźnie” wyrzucanej na śmieci. Zaśmiecamy świat tanim kiczem. Jest tak tani, że wszyscy go kupują „z oszczędności”. I to wielokrotnie go kupują, bo nadaje się tylko do szybkiego wyrzucania. Mimo rozpaczliwych akcji recyklingowych. To dotyczy też krzyży. Przykre, ale taką mamy cywilizację. Taki mamy styl konsumencki. I wszelkie próby przeciwdziałania wydają się skazane na niepowodzenie, tym bardziej, że są stygmatyzowane jako ekofanaberie lub zamach bogatych elit na wolność biedaków, których nie stać na droższe towary.
Dewaluacja symbolu
Niestety jest to też styl zaśmiecający naszą religijność. Miejsca kultu liturgicznego bywają pełne krzyżyków lub wyrobów krzyżopodobnych. Ołtarz powinien stać przy krzyżu. Jednym krzyżu, jak jedna jest ofiara Chrystusa. My natomiast już tak przyzwyczailiśmy się do wszechobecnych krzyżyków, że nie obrusza nas używanie tego znaku jako ornamentu na obrusach czy szatach liturgicznych, nad każdą rzeźbą i obrazem, a nawet jako faktury tekstyliów. Im więcej krzyżyków, tym ma być bardziej sakralnie. Wiem, że to jest walka z wiatrakami (nota bene te stare kręciły krzyżami), ale jednak trudno nie płakać nad dewaluacją symbolu.
Nie chcę tutaj potępiać rożnych „golgot” wypełnionych lasami krzyży. Wobec masowych mordów, które zafundowały ludzkości reżimy totalitarne, pomniki wypełnione krzyżami wskazują, że każdy człowiek zasługuje na swój osobisty krzyż. To pewien protest przeciwko owej dehumanizującej masowości. Nie jesteśmy mięsem armatnim. Również dla armat wystających z wieżyczek naznaczonych „krzyżackimi” znakami.
Jednak ten krzyż osobisty, podkreślający godność każdego z nas, jakoś nie skleja mi się z obwieszaniem się krzyżykami na każdej możliwej części ciała. Bardziej kojarzy mi się to z zabobonem, a nawet okultyzmem. Choć może to tylko kwestia różnych wrażliwości? Zwłaszcza w wypadku tatuaży.
Krzyż osobisty
A propos osobistego krzyża. Łatwo się domyślić, że do tego tekstu zainspirował mnie plastikowy krzyż z Kielna. Wydaje się, że uczniowie zawiesili go nad klatką chomika, klasowego pupila. Ponieważ mamy do czynienia z podmiotem zbiorowym, nie wiemy, jakie były dokładnie intencje sprawców. Być może chodziło o chęć wyszydzenia i rzeczywiście nauczycielka miała prawo się zdenerwować. Ale podoba mi się i takie przepuszczenie, iż może przynajmniej niektórzy z tych sztubaków chcieli podkreślić, że ich przyjaciel chomik również zasługuje na krzyż w jego mieszkaniu. Dla dzieci chomik to jednak też zabawka, zatem i jego „krzyż na ścianie” miał być zabawkowy. Czy zgorszylibyśmy się malutkim krzyżykiem w domku lalek?
A zwierzęta są chyba coraz mocniej traktowane jak przyjaciele człowieka. Polemizujemy ze zwrotem „zdechł”. Tworzymy cmentarze dla zwierząt z osobnymi grobami i pomnikami. Umieszczamy na nich czułe zdania. Wyrażamy wdzięczność. Czy zatem powinniśmy się dziwić, że dzieci chcą im ofiarować osobisty krzyż?
Jednak wtedy, gdy jest naprawdę osobisty, nie powinien być śmieciowy.
***
Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
