Kaplica Chrystusa Sługi

Kościół na świecie widzi, że potrzebuje powrotu do synodalności. Inaczej nie przetrwa. Pod tym względem musi zmienić się jego kształt. Czy to jest możliwe nad Wisłą i Odrą?

Wobec kryzysu Kościoła często czujemy się bezradni. Wynika to m.in. z poczucia nieuchronności pewnych procesów. Przecież tak samo było w innych krajach, tylko trochę wcześniej. Zatem i u nas tak być musi. Ale ta bezradność jest bardziej obezwładniająca, ponieważ – choć wieszczono, że i w Polsce dojdzie do laicyzacji – to „zarządzający Kościołem” nie chcieli takiej perspektywy dopuścić do szerszej świadomości wiernych. A to znacznie osłabiło zakres reagowania. A może chodziło nie tylko o zakres, lecz przede wszystkim o wybór sposobów? Bukłaki popękały.

Specjalnie napisałem „zarządzający Kościołem”, bo nie chodzi tylko o biskupów, lecz również np. o media katolickie. Co prawda często są one uzależnione od swoich ordynariuszy, ale są i takie, które działają na własną rękę. Oczywiście stawiano w nich i trafne diagnozy, a nawet formułowano ciekawe recepty. Jednak teza, że u nas jest lepiej niż na Zachodzie, i że zawsze tak będzie – dzięki heroizmowi poprzednich pokoleń katolików pielęgnujących tradycyjny model religijności – wpływała na „nieruchawość” znacznej części kleru i świeckich.

Podcięte skrzydła

Do tego ów model funkcjonowania Kościoła podcinał skrzydła inicjatywom wiernych świeckich, które nie były zainicjowane przez duchownych. Mocna struktura hierarchiczna, która okrzepła w czasie walki z komuną, nie cechowała się ufnością wobec „struktur poziomych”. Że niby to mogą być agenci, że trzeba zewrzeć szeregi, że ci na górze lepiej wiedzą lub że to protestantyzacja…

Nie chciałbym nikogo skrzywdzić moją generalizacją. Obserwowaliśmy i widzimy chlubne wyjątki. Ale przyczyn trudności, jakie ma Kościół w Polsce z procesem synodalnym i w ogóle z duchem pontyfikatu papieża Franciszka, można chyba upatrywać m.in. w zdławieniu Ruchu Światło-Życie i zastąpieniu go narzuconymi z góry stowarzyszeniami lub takim zorganizowaniem owych Oaz, by animatorzy nie mieli nic do powiedzenia (wystarczy ksiądz i schola). I znowu: warto nie zapominać o starych moderatorach, którzy teraz jako proboszczowie współpracują z „animatorami”. Lecz patrząc generalnie nie sposób nie zauważyć, że choć Ruch ks. Blachnickiego dał Polsce rzesze zaangażowanych i świadomych odnowy soborowej chrześcijan (i to nie tylko odmieniło oblicze katolicyzmu, ale też stwarzało szanse na owocne skonfrontowanie się z obecnym kryzysem), to jednak niestety ten projekt formacyjny został zredukowany do wygodnej fikcji, dobrze wyglądającej w sprawozdaniach dla kurii.

Miał kto służyć księżom, a kapłani nikomu nie musieli służyć. Po co więc kaplica „Chrystusa Sługi” na Kopiej Górce?

Bez świeckich nie damy rady

Zawsze były napięcia między strukturami pionowymi a poziomymi. Wydaje się, że pokolenie dawnych oazowiczów przeniosło swój sposób patrzenia na odpowiedzialność za wspólnotę na Oazy Rodzin. Natomiast straciliśmy młodzież. Dla niej Kościół to piramida, nie wspólnota.  Gdy słyszy „Kościół” nie utożsamia się z nim. Nic dziwnego, skoro nie ma w nim nic do powiedzenia.

Kiedy w Polsce doszło do starcia między Solidarnością a PZPR, to partia dużo zacieklej walczyła ze strukturami poziomymi w swoim łonie, które próbowały ją zreformować. I zdławiła owe ruchy oddolne. I nie przetrwała.

Kościół na świecie widzi, że potrzebuje powrotu do synodalności. Inaczej nie przetrwa. Pod tym względem musi zmienić się jego kształt. Czy to jest możliwe nad Wisłą i Odrą? Idee można zdławić, struktury zniechęcić. Można myśleć, że się przeczeka wołanie o reformę. Można zakneblować media katolickie i zakazać im poruszania pewnych tematów w imię jednolitości przekazu. Ale kleru mamy coraz mniej. To już chyba przekroczyło punkt krytyczny. Bez świeckich po prostu nie damy rady.

Pytanie jaki model zaangażowania chcemy im zaproponować. Kto komu ma służyć?

***

Sięgnij do innych tekstów autora.

Jeśli podoba Ci się nasz portal i chcesz, żeby dalej istniał i się rozwijał możesz nas wesprzeć na PATRONITE.