Obrazki z Gabinetu Owalnego Białego Domu, na których widać sporą grupę chrześcijan modlących się nad Donaldem Trumpem, wzbudzają mieszane uczucia. Wobec wojny na Bliskim Wschodzie niestety budzą też obawy o los chrześcijan w tamtych krajach. Bo skoro owa modlitwa budzi skojarzenia z krucjatami, a amerykańska armia jest tam odbierana jako formacja krzyżowców, to trudno się dziwić, że „bombardowana ulica” szuka odwetu na tych chrześcijanach, którzy są pod ręką, a więc miejscowych. A są to starożytne wspólnoty, żyjące tam od czasów Pana Jezusa. I niestety coraz słabsze.
Powinni to wziąć pod uwagę ci, którzy zachwycają się takimi obrazkami. Według nich świadczą one o zdobywaniu dla Boga świeckiej władzy nad światem (bo przecież, gdzie jak gdzie, ale to w biurze prezydenta USA decydują się losy ludzkości). Natomiast rezultat jest taki, że chrześcijanom nie tylko obrywa się, ale również są ośmieszani. Ośmieszana jest modlitwa. Zwłaszcza jej „charyzmatyczna” odmiana. Papież Leon próbuje ją ratować podkreślając, że nie może być używana do prowojennej retoryki. A nawet odważył się wprost powiedzieć, że taka modlitwa nie będzie wysłuchana. I trudno się z nim nie zgodzić. Choć stwierdzanie, czego Bóg wysłucha, a czego nie, niesie jednak pewne ryzyko uzurpacji. Ale oczywiście trudno się nie zgodzić z papieżem, gdy pokazuje jak bardzo modlitwa o charakterze zaczepnym (wywołująca wojny) jest niezgodna z Ewangelią.
Miecz obosieczny
Czy zatem powinniśmy się zgorszyć obrazkiem z modlitwy wstawienniczej nad Trumpem? Ja uważam, że to jest szkodliwa fotka. Tym bardziej, że towarzyszą jej słowa głównej organizatorki tego eventu, pełne rzeczywistych uzurpacji. Widzimy też, czym nas „karmi” ten, nad którym się modlono. A to są owoce tej modlitwy. Tak przynajmniej to wygląda na pierwszy rzut oka.
Ale przy okazji warto zauważyć, że modlitwa ma w sobie również wymiar pewnej obserwacji. Mianowicie zazwyczaj ułatwia popatrzenie na kogoś oczami Boga. Gdy się modlę za kogoś, siłą rzeczy patrzę na niego trochę tak, jak go widzi Bóg. Oczywiście, aby uniknąć uzurpacji, musimy zaznaczyć, że widzę go tak, jak mi się wydaje, że patrzy na niego Bóg. Ale jednak to „wydawanie się”, podobnie jak w przypadku papieża, jest (miejmy nadzieję) zakorzenione w Piśmie Świętym. A zatem, zważywszy na wolność Boga jeśli chodzi o sposób wysłuchiwania naszych modlitw, może być tak, że choć miałem się modlić za wodza (przedstawianego tu jako mesjasza) o jak najskuteczniejsze prowadzenie wojny, to jednak wyproszę dla niego nawrócenie na pokój.
A może właściwiej byłoby powiedzieć, że sam nawrócę się tak, by jednak wołać do Boga o takie rozwiązania, które nie będą zredukowane do rozlewu krwi.
Modlitwa to miecz obosieczny. Może przynieść nieoczekiwane efekty. Stajemy wobec Boga. Świadomie Go wzywamy. Jak odpowie, to po swojemu. To czas sprzyjający wsłuchiwaniu się w sumienie. A to się może różnie skończyć.
To nie jest Boże
Naturalnie, cyniczne udawanie modlitwy nie otwiera na perspektywę Boga. I ktoś, kto znalazł się we wspomnianym Gabinecie Owalnym tylko po to, by pomóc sobie w karierze politycznej i finansowej, ale tak naprawdę Bóg jest mu obojętny, ma zapewne zatwardziałe sumienie. A nawet jeśli modli się szczerze, to wiemy, iż np. sumienie terrorysty potrafi pogodzić mord z wiarą. Ale najczęściej chodzi o wiarę powierzchowną, zbudowaną na resentymencie, a nie na głębokiej medytacji Słowa.
Ufam jednak, iż paradoksalnie, takie obrazki jak z Białego Domu, pomogą wierzącym dostrzec, że i nieraz w naszych miejscach modlitwy mamy do czynienia ze scenami, które nasze sumienie odrzuca. I możemy wtedy powtórzyć za papieżem Leonem, że to nie jest Boże. A nawet możemy się nawrócić i modlić się o coś zupełnie innego niż organizatorzy takich eventów czy kampanii.
***
Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
