U św. Pawła czytamy: „Lepiej jest bowiem żyć w małżeństwie, niż płonąć” (1Kor 7,9b). Możemy chyba zatem wnioskować, że są tacy, którzy nie płoną, gdy żyją w celibacie. Pewnie o nich mówi Jezus zaznaczając, że nie jest to łatwe do pojęcia: „Bo są niezdatni do małżeństwa, którzy z łona matki takimi się urodzili; i są niezdatni do małżeństwa, których ludzie takimi uczynili; a są i tacy bezżenni, którzy dla królestwa niebieskiego sami zostali bezżenni. Kto może pojąć, niech pojmuje!” (Mt 19,12).
Nie zawsze jest nam łatwo pojąć, a może po prostu szczerze przyjąć, że oprócz niezdolnych do małżeństwa z przyczyn fizycznych lub psychicznych (o czym orzekają np. sądy świeckie i biskupie), są też tacy, którzy wydają się zdolni do małżeństwa, a jednak z różnych względów go nie zawierają. Nieraz chodzi o finanse. Są za biedni, by zbudować gniazdo rodzinne. Albo ich nałogi odstraszają od takiej perspektywy ich samych lub potencjalnego współmałżonka. Taką obawę może budzić również „trudny” charakter, dziwaczne upodobania, traumy… Bolesne rozczarowania potrafią skutecznie odstraszać od małżeństwa. Ciągle też na świecie mamy do czynienia z niewolnictwem. Co oznacza, że są i tacy, którym de facto nie wolno żenić się lub za mąż wychodzić. Ktoś lub jakaś organizacja nie pozwala im na związek małżeński.
Dobrowolnie
Spotykamy celibatariuszy mimo woli. Ale są i tacy, którzy wybrali celibat. Nieraz dlatego, iż przekonali się, że nie mają innego wyjścia i zaczęli poszukiwać sensu w tej swojej sytuacji. Do takiej kategorii należą ci kapłani rzymskokatoliccy, którzy – co prawda – nie pragnęli celibatu, ale tak mocno pragnęli służyć jako prezbiterzy, że w końcu podjęli bezżenność. Zapewne też znajdziemy w niej takie osoby, które co prawda zostały przymuszone do bezżenności przez swoje uwarunkowania osobiste lub społeczne, ale postanowiły to zintegrować i odnaleźć sens w takim właśnie życiu. Spotykamy również przekonanych „od zawsze”, że są stworzeni do celibatu. I tacy, i tacy mają możliwość przyłączenia się do organizacji czy wspólnot gromadzących tych, którzy nigdy nie zawarli związku małżeńskiego oraz takich, którzy byli, ale już nie są w takich związkach.
Kluczowym słowem, które pomaga nam ocenić owe sytuacje, jest dobrowolność. Jako ludzkość jesteśmy coraz bardziej przekonani, że małżeństwo należy do praw ludzkich. Kościół obecnie naucza, iż nie można go nikomu odmawiać, o ile jest zdolny do jego zawarcia. Zatem zmuszanie do celibatu odbieramy jako nieludzką krzywdę. Natomiast chyba godzimy się na to, że trzeba chronić również tych, którzy w celibacie żyją, a także tych, którzy mając z nimi bliskie kontakty powinni wiedzieć, czego mogą się spodziewać. Zorganizowane życie i posługa wdów przy parafii (opisywane w NT), zakony, instytuty świeckie itp. są związane z wyraźną deklaracją takiego a nie innego sposobu życia. I ta jawna deklaracja jest potrzebna. Podobnie jak potrzebna jest deklaracja ślubna.
Nieraz jednak rodzi się w nas pytanie o dobrowolność. Bo bywa, że okoliczności kogoś przymusiły. Wdowieństwo rzadko jest upragnione. Musimy chyba jednak wziąć pod uwagę, że taki wybór to proces, a nie jednorazowy akt. On się ciągle rodzi i szuka uzasadnienia w konkretnym zaangażowaniu i jego owocach.
Proces
Patrzenie na wybór celibatu jako na proces oczywiście rodzi problem. Bo jak w takim razie patrzeć na śluby wieczyste? Proces zakłada zmianę. A jak klamka zapadła, to już nie ma miejsca na wycofanie się. To dotyczy i instytucji małżeństwa, i życia zakonnego. I choć wiemy, że nieraz trzeba odejść od relacji toksycznych, to jednak nie możemy nie docenić trwałości związków, w jakiej pomaga jasna przysięga. To jest jaśniejsza strona celibatu zinstytucjonalizowanego.
Powstaje pytanie. Co jest ważniejsze dla „jasnej strony celibatu”? Przeżywanie go jako związku, czy może raczej dobrowolność przy jego deklarowaniu? Odpowiedź, że to i to wcale nie jest taka oczywista. Im większe zaangażowanie w sieć powiązań, tym trudniej o nieskrępowany wybór. Tak to bywa odczuwane. A zatem i dobrowolność jest bardziej problematyczna. Im więcej wolności, tym relacje wydają się mniej stabilne lub przewidywalne. Zresztą w historii chrześcijaństwa bywało, że nie przejmowano się dobrowolnością, a i uciekano od relacji ze wspólnotą. Czy również z Bogiem? To pytanie o oblubieńczy wymiar celibatu. I o konsekwencje wiary w to, że Jezus jest „Głową dla Kościoła, który jest Jego Ciałem” (Ef 1,22b-23a).
Przeczytaj również: Ciemna strona celibatu oraz Szarości celibatu
***
Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
