Kościół potrzebuje twarzy. Świat potrzebuje kogoś, kto byłby twarzą Kościoła. Trudno się komunikować bez twarzy. To ona wiele mówi.
O papieżu Leonie nasłuchaliśmy się wiele pozytywów. I to dobrze. Cieszę się z tego wyboru, jak większość katolików. Też sporo niekatolików jest zadowolonych. A nawet głosy krytyczne pojawiające się tu i ówdzie, świadczą – zważywszy na charakter środowisk, w których krążą – o tym, że jest to dobry wybór.
Nie ma być spektakularnie?
Pojawiają się głosy, że po Franciszku potrzebujemy kogoś, kto trochę uspokoi rozbujaną „Łódź Piotrową”. Chodzi oczywiście o kontynuację, ale trochę bardziej uporządkowaną. Nie tyle o spektakularne gesty prorockie (jak u Franciszka), co o wcielanie osiągnięć pontyfikatu poprzednika w konkret drogi synodalnej. To wszystko prawda. I nie dziwi, że ten wybór „peruwiańskiego jankesa” jest odczytywany jako tchnienie Ducha Świętego. Ale! Czy rzeczywiście nie ma być spektakularnie? Czy jednak Kościół nie potrzebuje frontmana z prawdziwego zdarzenia?
Ktoś powie, że papież może się posługiwać rzecznikiem prasowym. To rzecznik miałby być wobec mediów, a więc i światowej opinii publicznej, twarzą Kościoła. Czy to w ogóle jest możliwe? Podkreślam, że chodzi o medialną twarz, a nie o to, z czym ludzie spotykają się, wśród swoich codziennych zajęć, ze strony uczniów Chrystusa. Ten zwyczajny obraz, często w ogóle nie spektakularny, jest dużo ważniejszy. Ale żyjemy w czasach, gdy do rzesz ludzkich dociera przede wszystkim takie oblicze Kościoła, jakie odbija się w mediach. A aby tam zaistnieć, trzeba być spektakularnym.
Właśnie chodzi o kreowanie spektaklu. Ludzie zresztą zdają sobie sprawę z tego, że to jest występ. Tak jak występem było „Kazanie na górze”. Jezus szokował swoimi wypowiedziami. Przyciągał uwagę i dalej to robi. I to m.in. zachęca ludzi do czynnej miłości, która jest najistotniejszym świadectwem. Czy zatem powinniśmy oczekiwać od papieża, że będzie światło chował pod korcem?
Ktoś powie, że jednak od robienia spektaklu powinien mieć fachowców. Utrzymywanie zainteresowania mediów to trudna sztuka. We wspólnocie są różne charyzmaty. Czy jednak możemy sobie pozwolić na papieża pozbawionego owego charyzmatu?
Niech będzie prorokiem
Nie twierdzę, że Leon nie sprawdzi się „przed kamerami”. Natomiast protestuję przeciw „nakłanianiu” go do rezygnacji z bycia prorokiem w sensie biblijnym, tzn. kimś, kto bulwersuje, kto przyciąga zainteresowanie swoimi gestami i bon motami. Kto nie boi narazić się na krytykę płynącą z niezrozumienia, ze zbyt skostniałego rozumienia, z braku gotowości na otwarcie się na coś do tej pory niesłychanego. Świat potrzebuje i takiej obecności przywódcy Kościoła w mediach.
I nie wystarczy rzecznik. Rzecznicy już dawno przestali być wiarygodni. Są postrzegani jako służący do ukrywania prawdy. Mówią po to, by mówić, ale nie by powiedzieć. Owijają w bawełnę. A ludzie chcą nagiej prawdy. Rzecznicy zużywają się, by nie zużywali się przywódcy. A papież ma być męczennikiem, ma dawać swoje życie za owce, a więc i swoją egzystencję medialną. Ma być wystawiony na ciosy rozjuszonych internautów. Jezusa skazali za to, co mówił.
Papież Leon w swoim pierwszym przemówieniu wskazał, że ma nie zasłaniać Chrystusa. To piękne. Wzruszające. Świadczy o prawdziwym przywódcy, który nie chce być idolem. Będąc frontmanem łatwo o popadnięcie w gwiazdorstwo. Trzeba się pilnować. Ale czy to znaczy, że należy się wycofać, zamilknąć? Papież głosi Ewangelię trochę inaczej niż siostra zakrystianka. (Ileż budujących wspomnień mam dzięki zakrystiankom!). Na początku pontyfikatu uwaga mediów jest na nim skupiona. Lecz potem, jeśli się wycofa, kamery zwrócą się gdzie indziej. I nie będą go już szukały. Czy tego chcemy?
Czy papież ma tak funkcjonować, schowany za rzeczników, by był niedotykalny, nieosiągalny, odseparowany od komentarzy, niekrytykowalny, a przez to… nijaki?
***
Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
