Tydzień modlitwy o jedność chrześcijan nieuchronnie skłania do zamysłu nad przyczynami rozłamów i sposobami na pojednanie. Wydaje się, że zgorszenie skandalami wśród przedstawicieli Kościołów nie jest najważniejszym czynnikiem. Takie słabości obserwowano przecież nie tylko wtedy, gdy dochodziło do schizm. A jednak przyzwyczajenie do niemoralności na szczytach władzy kościelnej wcale nie musi osłabiać jego destrukcyjnego wpływu na jedność uczniów Chrystusa. Wręcz odwrotnie, powoduje, że owe słabości nie są postrzegane tylko jako błędy jednostek, ale jako zgniły owoc złego systemu. Skoro ciągle trwają, to znaczy, że są systemowe. Stąd nie dziwi zrywanie z pewnym sposobem zorganizowania życia wspólnoty, a więc w konsekwencji z określoną wspólnotą. Zwłaszcza, gdy nie udawało się zreformować sposobu jej zarządzania.
Zatem, kiedy szukamy powrotu do jedności, nie możemy opierać się tylko na szlachetnym postępowaniu jednostek. Trzeba szukać reformy sposobu zorganizowania życia Kościoła. Nie możemy godzić się na uparte kroczenie ścieżkami, które doprowadziły do tak wielkich i uporczywych zgorszeń, że aż została rozerwana jedność. Myślę, że taka perspektywa pomoże w zrozumieniu ostatnio wypowiedzianej przez papieża Leona konstatacji, iż teologowie już wykonali swoje zadanie, jeśli chodzi o proces ekumeniczny, a teraz jest czas na wspólnoty.
Jak będzie sprawowana władza?
Rzeczywiście, dialog teologów w ostatnich dziesięcioleciach przyniósł znaczne zbliżenie w rozumieniu naszej doktryny. Natomiast wśród zwykłych chrześcijan pragnienie jedności niekoniecznie jest bardzo żywe. Przyzwyczailiśmy się do jej braku. Nauczyliśmy się żyć koło siebie. I nawet powiedziałbym, że nie bardzo nawet wiemy, czego nam brakuje. Albo – co jeszcze bardziej szokujące – wręcz boimy się jedności. Postrzegamy ją bowiem jako unifikację, odbierającą nam tożsamość i nasze tradycje.
Jeśli nawet jednak zdajemy sobie sprawę, że w ekumenizmie nie chodzi o zatracenie własnej charakterystyki, i jeśli mamy świadomość, że nadal będziemy szanować różnorodność dróg, jakie przeszliśmy w ostatnich wiekach, to – mimo pragnienia zasiadania wokół jednego stołu Eucharystycznego – wielu niepokoi właśnie sposób zarządzania wspólnotą. Czyli to, jak będzie sprawowana władza. Tu ciężko nam się dogadać, również na szczeblu oficjalnym. Synodalność bywa krytykowana jako demokratyzacja. Jakakolwiek autonomia kościołów lokalnych dla wielu jest nie do przyjęcia właśnie w imię jedności. Wzmacnianie prerogatyw rad parafialnych jest piętnowane jako protestantyzacja.
Ale też po drugiej stronie istnieje wiele obaw. Obowiązkowy celibat księży budzi pewne poczucie zagrożenia. Jak powierzyć opiekę nad wspólnotami, zwłaszcza z dziećmi, środowisku, w którym zwiększony dystans do kobiet jest traktowany jak cnota czy nawet zasługa i pomaga w robieniu kariery? Środowisko, w którym liczą się głównie męskie przyjaźnie postrzegane jest z dużą dozą podejrzliwości. To dotyczy również odrzucania kobiet jako kandydatek do kierowania wspólnotami. Wielu chrześcijan uważa takie podejście za niezdrowe. Pozbawiamy się wpływu kobiecych wrażliwości i talentów na jakość zarządzania Kościołem.
Wspólne zaangażowanie wymaga struktur
Żyjemy w czasach, w których ludzie mają poczucie coraz większego wpływu na to, kto i jak nimi rządzi. Okazują niezadowolenie, gdy ktoś próbuje ukrywać mechanizmy władzy oraz jej prawdziwe cele. Mają świadomość swoich praw. I są wrażliwi na to, gdy ktoś chce im je odebrać. Potrafią się zjednoczyć, gdy trzeba zaprotestować. Świeżym przykładem jest Grenlandia. Bo jeśli zostanie zniszczone jej środowisko – gdy pozwolimy potraktować tę wyspę jak tereny koło Bogatyni czy Bełchatowa – to wody wokół niej przestaną być rezerwuarem dla przemysłu połowowego. Staną się ledwie żywym bajorem, jak – nie przymierzając – Bałtyk „bezdorszowy”. Skoro rabunkowa eksploatacja Amazonii zagraża ludzkości, to trudno o zgodę na niekontrolowane niszczenie Arktyki.
Takie jednoczenie zatroskanych społeczeństw dotyczy również Kościoła. Nie ma ekumenizmu bez wspólnego działania. Jednoczenie ma sens, gdy służy wspólnej caritas. Ale wspólne zaangażowanie wymaga budowania struktur społecznych. Adekwatnych. Inaczej to jest tylko ściema.
***
Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
