Nowa adhortacja papieża Leona XIV „Dilexi te” mocno uderza w krytyków opcji na rzecz ubogich w Kościele katolickim. Jest odczytywana jako krytyka neoliberalizmu, jakże często odwołującego się do chrześcijaństwa, a jednocześnie zostawiającego najsłabszych samym sobie. Trudno nie zgodzić się z papieżem przytaczającym Biblię oraz Tradycję Kościoła, by mocno potwierdzić uprzywilejowane miejsce ubogich w sercu naszej wiary. Jednak to odwołanie się do tradycji jako efekt uboczny sprawia, że w tym tekście nie znajdujemy niczego specjalnie nowego czy zaskakującego. Pewnie o to chodziło. By właśnie tradycja zamknęła usta tradycjonalistom. A przynajmniej skłoniła ich do zrewidowania sposobu rozkładania akcentów.
Jednak głębszym celem nie powinno być zamykanie ust, lecz próba zrozumienia krytyków. Bo przecież nie wszyscy są obojętni na los najuboższych. Nie wszystkimi kieruje bezwzględny egoizm. Są i tacy, którzy po latach rozwoju Społecznej Nauki Kościoła są cokolwiek rozczarowani, bo jego nauczanie wciąż nie wskazuje wyraźnie, jaka polityka jest lepsza, gdy chodzi o starania na rzecz wykluczonych z tej bogatszej części społeczności światowej. Liberalizm czy kolektywizm jest naszą opcją?
Dylematy
Kościół hierarchiczny powstrzymuje się od odpowiedzi na to pytanie. Robi to w imię niemieszania się do polityki. Nie chce narzucać rozwiązań, za które odpowiedzialność powinna wziąć społeczność świecka. Nawołuje do rozwiązania narastającego problemu coraz większej dysproporcji między bogatymi i biednymi, ale nie mówi, jak to zrobić w skali systemów gospodarczych. I choć „Dilexi te” jest mocno krytyczne wobec obecnie dochodzących do głosu tendencji neoliberalnych, to jednak również nie zachwala rozwiązań komunistyczno-socjalistycznych.
To powstrzymanie się od głosu, jak wspomniałem, rozczarowuje. Bo przecież zdajemy sobie sprawę, iż filantropia nie wystarczy, gdy chcemy globalnie rozwiązać problemy głodu, wykluczenia, nędzy czy przetrwania ludzkości. Ten dokument mocno bierze w obronę ekologię, co oczywiście ma wymiar planetarny. Wprost kłuje sumienie szydzących z katastrofy klimatycznej. Taką postawę nazywa wręcz grzechem. Co w jakimś stopniu jest novum owej adhortacji. Również w swoim zwieńczeniu stwierdza, że nie znajdziemy dobrej drogi bez bezpośredniego kontaktu z najuboższymi. A ponadto mówi, iż takie relacje są konieczne nie tylko dla głodnych, ale też dla sytych, jeśli chcą się nawrócić. I to wszystko prawda.
Lecz nie możemy zapominać o naszej odpowiedzialności obywatelskiej. Chcielibyśmy wiedzieć, jak głosować. To znaczy: jakie rozwiązania systemowe wybierać. A przekonujemy się – z jednej strony – że nie można zaufać ślepej ręce wolnego rynku. On potrafi generować ogromne nierówności i doprowadzać do nędzy i śmierci. Zwłaszcza w naszej epoce, gdy ten symboliczny tort zasobów nie może już być bez końca powiększany. Docieramy do limitów naszej planety, a do Marsa jest jednak ciągle daleko. Z drugiej strony mamy doświadczenia gospodarki centralnie sterowanej i pamiętamy ulgę ludów wyzwalających się z jej dominacji. Te dylematy są nadal aktualne. Bo nasze wybory polityczne to nie tylko walka z kleptokracją, czyli głosowanie przeciw złodziejom bogacącym się naszym kosztem, ale też opowiadanie się między tą częścią świata, gdzie króluje liberalny model amerykański, a inną, zależną od chińskiego kolektywizmu.
Ważna praca
Papież wspomina o istotnej roli dostępu do pracy. I aż się prosi, by rozwinąć tę refleksję. Programy humanitarne zazwyczaj starają się pomóc w kreowaniu miejsc pracy. Ale też bywają takie rodzaje wspomagania ubogich, które w celach populistycznych nie zważają na to, że mogą niszczyć zdolność do pracy. Ludzie wtedy wypadają z rynku pracy. Tracą swoje kompetencje i przestają być na nim konkurencyjni, gdyż różne donacje i zapomogi sprawiają, że nie muszą pracować. Dzielenie się pracą to wielkie wyzwanie cywilizacyjne, związane między innymi z ograniczaniem czasu pracy. O tym adhortacja nie mówi.
Nie mówi też o pracy sensownej. Realny socjalizm kojarzy nam się z fikcyjną pracą. „Czy się stoi, czy się leży (pięć) tysięcy się należy”. Nie było bezrobocia. Ale wielkie roboty publiczne, charakterystyczne dla reżimów totalitarnych, to nie jest kierunek na budowanie godności każdego człowieka. Często okazywało się, że rujnowane było życie rodzinne. Model chiński wielkiej inżynierii eksperymentującej na żywych społecznościach wcale nie budzi nadziei wśród ubogich tego świata.
A zatem jakich wyborów politycznych powinniśmy dokonywać? Kościół nam tego nie mówi. Pewnie dlatego, że sam nie wie. Natomiast jedno nam mówi. Z punktu widzenia wiary jesteśmy jedną rodziną dzieci Bożych i dlatego nie możemy nie oglądać się na los najuboższych, gdy wybieramy ich i naszą przyszłość.
***
Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
