Nie pragnę zabierać głosu w sprawie tekstu ks. Jerzego Szymika, choć podziwiam internetowe zasięgi dyskusji, jaką wywołał ów „list”. Trudno byłoby odnieść się do argumentów w nim użytych, gdyż są najczęściej potraktowane zbyt zdawkowo. Problemy, które wołają o głębsze zastanowienie się, są tam załatwiane paroma sloganami. Gdybym był młodszy, niż jestem, czułbym się poklepywany po ramieniu przez starszego konfratra w kapłaństwie – bez cierpliwego wsłuchania się w moje wątpliwości. Bylebym jakoś dopłynął do drugiego brzegu życia księżowskiego.
Już nie „nie na miejscu”
Natomiast jest w tym tekście lekko muśnięte zjawisko, z którego chyba mało sobie zdajemy sprawę, a staje się ono nie tylko koniecznością czy wyzwaniem, lecz także przyczynkiem do poważnego przemyślenia świadectwa, jakie winien dawać prezbiter. Chodzi o „Ubera” lub inną pracę „niekapłańską”. Niedawno na spotkaniu z młodzieżą przygotowującą się do bierzmowania dałem czas na zadawanie pytań księdzu. Pośród wielu mniej lub bardziej osobistych znalazło się również, o dziwo, pytanie o to, czy jako ksiądz pracowałem kiedyś fizycznie lub w jakimś innym „nieksiężowskim” zawodzie. Czyli ten temat interesuje młodzież. Czy ksiądz też pracuje normalnie, jak każdy inny człowiek. Dlaczego? Może chcą, by księża byli bardziej życiowi?
Temat jest stary jak namioty produkowane przez Pawła Apostoła. Z jednej strony nie chciał on być ciężarem dla wspólnoty. Z drugiej wiedział, że ma prawo do tego, by ona go utrzymywała. I korzystał z owego prawa, gdy zaangażowanie w pracę ewangelizacyjną tego wymagało. Widzimy, że przyszły takie czasy w Polsce, iż proboszczowie nie chcą wikarych, bo ich na to nie stać. W szkołach coraz mniej lekcji. Konkuruje się z katechetami o pensje. Zakonnicy już dawno, zamiast żebrać, imają się różnych dochodowych zajęć. Nie powinno to już chyba być oceniane jako „nie na miejscu” lub nielicujące z powagą stanu kapłańskiego. Tym bardziej, że mamy kryzys zaufania do księży. I potrzeba świadectw odbudowujących wiarygodność tych, którzy głoszą Słowo.
Bo kto w małym był wierny
Swego czasu klerycy na Śląsku trochę robili na „grubie”. Wierni patrzyli na to przychylnie. „Księża robotnicy” to był poważny ruch ewangelizacyjny w zlaicyzowanych środowiskach robotniczych. Proboszcz z Grojca jest tak bardzo kochany przez parafian m.in. z powodu jego własnoręcznej pracy na gospodarstwie. Wiemy, że wielu prezbiterów jest tak zalatanych, iż nie mają szans na jakieś stałe inne zatrudnienie. Ale znam i takich, którzy gnuśnieją z braku zajęcia. Zresztą, choć przede wszystkim nie chodzi tu o rodzaj pracy, ale o pracowitość, to jednak na wymowę świadectwa wpływa również to, na ile ta praca jest porównywalna z pracą zwykłego wiernego. Ludzie chcą widzieć, czy ich „parok” czuje ich pracę. Czy rozumie, z czym się oni zmagają na co dzień.
Gdyby kandydatów do święceń wybierała parafia i gdyby wybierała spośród „viri probati” (czyli mężów żonatych z odchowanymi dziećmi), to robiłaby to nie tylko w oparciu o opinię o ich sposobie budowania rodziny, ale też o tym, jakimi są pracownikami czy biznesmenami. Bo kto w małym był wierny, tego postawią nad wieloma. Tak się wybiera prezbiterów, czyli starszych. A nie tylko w oparciu o kryterium płci – chłopców, którzy jeszcze niczego nie pokazali.
Dodatkowa praca to także niezależność finansowa. A ona m.in. służy temu, by posłuszeństwo nie było budowane na strachu przed utratą intratnej posady. O politykach mówi się, że łatwo ich skorumpować, gdy już wypadli z rynku pracy i nie mogą powrócić do poprzedniego zawodu. Ale czy i księża nie wpadają w podobną zależność, która wpływa na ich wybory moralne? Proboszcz z Grojca inwestował w parafię zamiast płacić daniny kurii. Wielu proboszczów musi wybierać. I od tych wyborów zależy z jednej strony ich byt, ale z drugiej – jakość ich świadectwa.
***
Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.

ur. w 1964, jezuita, były redaktor naczelny kwartalnika „Życie Duchowe”, publicysta.
