Wilki przebrane w owcze skóry to stary problem. Ma jednak swoje współczesne odsłony. Dlatego przestarzała - jak by się wydawało - inwektywa „antychryst” przeżywa swój renesans.

„Antychryst” wydaje się być najpoważniejszą inwektywą w słowniku kulturalnych chrześcijan. Rzeczywiście ma swoje biblijne źródła. Ale z biegiem wieków zaczęto jej używać cokolwiek na opak. Teraz oznacza wroga Kościoła, zazwyczaj ateusza lub jednego z największych zbrodniarzy. I w tym sensie nazywanie prezydenta Trumpa antychrystem jest błędem. Są krwawsi od niego władcy. Do tego nie wiemy na pewno, czy jest ateistą. I nie wygląda na to, by prześladował chrześcijan.

Natomiast w pierwotnym tego słowa znaczeniu Donald Trump nazwany tak być może. Czemu? Bo chodzi o kogoś, kto udaje Chrystusa. W tej chwili nie jest to takie ważne, czy sam tego chciał, czy raczej życzliwe otoczenie go w to wrobiło. Wyszło na to, że zaprezentował się jako Jezus. A biblijnie rzecz biorąc antychryst to ktoś, kto przebrał się za Jezusa, ogłosił się Nim.

Nie w krytyce problem

Trump skrytykował papieża. Nie dlatego zasługuje na miano antychrysta. Ma prawo do krytykowania. Jest to tym bardziej akceptowalne, że nie jest katolikiem. Oczywiście krytykując naraża się sam na krytykę. Tym bardziej, że zarzucanie komuś słabości jeśli chodzi o przestępczość i politykę zagraniczną przez tego akurat prezydenta USA jest cokolwiek zabawne. Bo Trump nie wygląda na fachowca w tych dziedzinach. Przynajmniej jak do tej pory. Ale nie możemy mu odmawiać prawa do krytyki. Jak zresztą i nikomu innemu.

Nie w tym jest problem. A propos tej sytuacji przywołuje się klasyczne twierdzenie, że „zwykłe” zbrodnie to grzechy przeciw ludziom, natomiast udawanie Jezusa jest najgorszym grzechem, bo jest przeciwko Bogu. I coś w tym jest. Lecz konsekwencje tego udawania są jak najbardziej katastrofalne dla ludzi. Zwłaszcza wtedy, gdy ktoś przebiera się za Jezusa nie po to, by przekazywać to, co On głosił, lecz raczej to, czego nie nauczał. To znaczy: pod płaszczykiem religii sączy antyewangelię. Nic dziwnego, że poszło o stosunek do wojny. Nauczanie Trumpa jest tutaj diametralnie odmienne od nauczania Leona. 

Obydwaj powołują się na Biblię. Zatem można powiedzieć, że argumentują z pozycji Jezusa. Tylko że obóz władz amerykańskich preferuje fundamentalistyczną lekturę tekstu biblijnego. Jest ona tak wybiórcza i niepoddana krytycznej analizie, że nawet zaliczyli wpadkę cytując wobec żołnierzy proroctwo Ezechiela w formie wziętej ze sławnego filmu Tarantino „Pulp Fiction”.(Zostało ono istotnie zmodyfikowane dla potrzeb scenariusza i w istocie mówi coś innego, niż pierwowzór starotestamentowy. 

Na klawiszach religijnych

Można pomyśleć, że to nic takiego. Zdarza się. Ale chyba jest symptomatyczne. Świętym tekstem (nie tylko biblijnym) da się wszystko uzasadnić. Wystarczy tylko powybierać fragmenty, a nie patrzeć na całość i nie liczyć się z wielowiekową lekturą Kościoła. Łatwo w ten sposób ubierać się w szaty Jezusa. Jak się okazuje fundamentalizm islamski ma swój chrześcijański odpowiednik. Również inne religie nie są od niego wolne.

Wilki przebrane w owcze skóry to stary problem. Ma jednak swoje współczesne odsłony. Wspólnoty toczy klerykalizm służący m.in. okradaniu stada. Ale i na zewnątrz wielki biznes i powiązana z nim polityka potrafią coraz sprawniej naciskać klawisze religijne, by zarabiać. Na przykład na wojnie. I dlatego przestarzała – jak by się wydawało – inwektywa „antychryst” przeżywa swój renesans. A nawet powracamy do jej pierwotnego znaczenia.

***

Tu znajdziesz wszystkie teksty autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.