Ani Franciszek

Stwierdzenie „Nie wolno ci sięgać po naszego świętego” jest nie tylko gorszące (bo odpychające), ale też ośmiesza swoich autorów.

Niedawno na okładce jednego z tygodników katolickich zauważyłem tytuł „Franciszek z Asyżu. Ani wegetarianin, ani ekolog”. Rok św. Franciszka, ogłoszony przez papieża Leona, zdaje się stawać okazją do rozprawy z pewnymi środowiskami odwołującymi się do spuścizny po Biedaczynie z Asyżu. Przynajmniej dla niektórych redakcji.

Nie chcę polemizować z artykułem. Ale sama okładka jest dość wymowna. Jest wymowna kategorycznością stwierdzenia. Bo gdyby raczej skłaniała do zastanowienia się nad pytaniem i brzmiała „Czy Franciszek z Asyżu był wegetarianinem lub ekologiem?”, to wzbudzałaby zupełnie inne emocje. Po prostu nie ocierałaby się o przekłamanie.

Osiem wieków różnicy

W takiej kategorycznej formie jest nie tylko agresywna wobec wegetarian czy ekologów, ale również obraża inteligencję czytelników. Ahistoryczność owej insynuacji poraża. Z oczywistych względów – upłynęło osiem wieków – Franciszek używał innego języka i innych pojęć niż współcześni nam działacze na rzecz ratowania środowiska naturalnego. Co nie zmienia faktu, że kochał stworzenie, zachwycał się nim i mu na nim zależało. Dlatego nie dziwi fakt, że wielu ekologów nim się inspiruje i ma go za swojego patrona. Nie musimy dowodzić, że św. Barbara była górniczką i zjeżdżała do szybów kopalnianych, by pozwalać górnikom na świętowanie Barbórki. (No chyba, że ktoś sugeruje, iż górnicy są ateistami, a zatem nie wolno im odwoływać się do świętej.) Ta okładka niestety niesie w sobie podobną sugestię wobec ekologów.

Wygląda na to, że jej autorom chodzi o to, że owi „kochający naturę” ubóstwiają ją, zamiast w imię wiary w jednego Boga ją „poniżać”, czyli ustawiać na niższym szczeblu hierarchii świata. Może? Mam nadzieję, że chcą tylko zwrócić uwagę, że dbałość o stworzenie można łączyć z miłością do Stwórcy. Ale wykluczająca forma okładki nie służy temu celowi.

Osiem wieków temu biedny człowiek w naszym regionie geograficznym prawdopodobnie nie jadł zbyt dużo mięsa. A asceta na pewno od niego stronił. Do tego trzeba dodać Franciszkową miłość do przyrody ożywionej, która jest inspiracją dla wegetarian (lub wegan) wszelkich czasów i maści by nie zabijać tego, co żyje. Przeciwstawianie im Franciszka jest niesprawiedliwe też wobec samego Biedaczyny, choć pewnie nie był on zdeklarowanym roślinożercą.

Ale aby zrozumieć co najmniej niestosowność wspomnianej okładki wyobraźmy sobie hipotetycznie, że jest tam dodane jeszcze „ani prezbiter”. Rzeczywiście – jak przypuszczamy – założyciel franciszkanów był diakonem. Czy to znaczy, że księża nie powinni się na niego powoływać? A może franciszkanie w ogóle nie powinni mieć w swoich szeregach prezbiterów? A przecież w roku jubileuszu ośmiuset lat od śmierci Franciszka chodzi o to, by podkreślić uniwersalizm jego inspiracji, a nie zacieśniać zasięg jego dziedzictwa.

Kim jeszcze nie był?

Można by również napisać „ani komunista”. Choć przecież porusza nasze sumienia jego radykalizm w poszukiwaniu wspólnoty apostolskiej odwołującej się do pierwotnej gminy jerozolimskiej, w której „Ci wszyscy, co uwierzyli, przebywali razem i wszystko mieli wspólne. Sprzedawali majątki i dobra i rozdzielali je każdemu według potrzeby” (Dz 2,44-45). Franciszek nie był marksistą, bo zresztą nie mógł nim być sześć wieków przed Marksem. Ale wsłuchajmy się w natchnienia teologów wyzwolenia, m.in. franciszkanów i franciszkanek (np. Diane Drufenbrock)…

Nie był też kapitalistą. Zatem pasowałoby do niego „ani liberał”. Chociaż przez sobie współczesnych, także na dworze papieskim był postrzegany jako jeden z wywrotowców ówczesnej epoki. Tych, na których wysyłano wewnętrzne dla chrześcijaństwa krucjaty, bo chcieli wywrócić feudalny porządek społeczny. Co potem – po wiekach – zrobiła rewolucja liberalna. Franciszek musiał się bardzo starać, by jego ruchu nie utopiono we krwi.

Podobnie stwierdzenie „ani bard” byłoby krzywdzące dla Franciszka poety, choć w sensie ścisłym bardem nie był. Zgrzytałoby także stwierdzenie „ani polityk”, mimo że byłoby prawdziwe. Wielu polityków czerpie z duchowości franciszkańskiej.

Wiem, że do spuścizny sławnych ludzi podchodzimy wybiórczo (taki los gigantów). Gorzej jednak, gdy ją fałszujemy. Dlatego mamy prawo stawiać pytania i sprawdzać źródła. Jednak deprecjonowanie ludzi zainspirowanych wyniesionymi na ołtarze pachnie zakazami. Stwierdzenie „Nie wolno ci sięgać po naszego świętego” jest nie tylko gorszące (bo odpychające), ale też ośmiesza swoich autorów. Dlaczego? Bo chyba nie zauważyli, że z jednej strony osiem wieków sporo zmieniło, a z drugiej, że św. Franciszek jest jednak ciągle świeży. I do tego w wielu środowiskach. A to cieszy!

***

Sięgnij do innych tekstów autora.
Wesprzyj nas wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.