Zastanawiam się, co bym odpowiedziała. Myślę, że tak zadane pytanie jest proste tylko dla osób patrzących na Kościół z zewnątrz. Jeśli jest się w środku, poziomów odpowiedzi robi się dużo więcej.

Opublikowany niedawno sondaż wskazujący na (kolejny) spadek zaufania do Kościoła spowodował falę komentarzy. Z pewnością jest to spore utrudnienie dla misji Kościoła. W końcu głoszenie Ewangelii od samego początku opiera się na wiarygodności dających świadectwo. Zaufanie to nie jest sprawa błaha, którą można lekceważyć.

Co ten wynik oznacza? W dużej mierze z pewnością odbija zaufanie do instytucji i jej publicznie (medialnie) widocznych elementów. A tu w oczy rzuca się Konferencja Episkopatu Polski, od lat wizerunkowo strzelająca sobie jak nie w stopę to w kolano. I żeby to jeszcze chodziło tylko o wizerunek… Niestety, chodzi też o uwikłanie po jednej stronie sporu politycznego i zwyczajną głupotę. Nie ma co ukrywać: moje zaufanie do wypowiedzi i działań KEP jako gremium również od dłuższego czasu asymptotycznie zbliża się do zera. 

Nawet jeśli (co zakładam) generalnie są to przynajmniej przeciętnie przyzwoici ludzie, którym zależy na Bogu i Ewangelii, jako zbiorowość zawodzą na całej linii.

Do tego dochodzą sensacje: tu ksiądz zabił bezdomnego, tam zadłużył parafię na milion złotych, gdzie indziej niestety młody kochanek nie wytrzymał nocnej imprezy na plebanii… No nie. Jeśli ktoś nie zna innego Kościoła, musiałby być pozbawiony rozumu, by mieć do tej instytucji choć cień zaufania.

Kolejny poziom instytucji to parafia – czyli księża i pracownicy parafii. Zapewne znów: w dużej większości przynajmniej przeciętnie przyzwoici ludzie, którym zależy na Bogu i Ewangelii, i którzy działają najlepiej, jak potrafią. Ludzie pozostający na obrzeżu Kościoła mają z nią kontakt przy okazji sakramentów czy pogrzebów. Może jeszcze kolędy. Jaki Kościół spotykają? Zwłaszcza wtedy, gdy są najwrażliwsi, w zetknięciu ze śmiercią? Z własnego doświadczenia wiem, że wtedy nawet drobiazg potrafi boleć długo.

Muszę przyznać, że kontaktów z instytucjonalnym wymiarem parafii (a mieszkałam w wielu, w różnych diecezjach) unikam jak tylko mogę. I cieszę się, jeśli ten konieczny nie był doświadczeniem przykrym. I jak tu mieć zaufanie do instytucji?

Czy ja ufam?

Zastanawiam się, co bym na takie pytanie odpowiedziała, gdyby ankieter trafił na mnie. Myślę, że tak zadane pytanie jest proste tylko dla osób patrzących na Kościół z zewnątrz. Jeśli jest się w środku, poziomów odpowiedzi robi się dużo więcej. Jak je sprowadzić do TAK /NIE?

Bo nie ufam – jak napisałam – Episkopatowi jako gremium. Ale daję kredyt zaufania swojemu biskupowi. Ufam, że będzie chciał być otwarty na Ducha Świętego, i podejmie wysiłek w ramach swoich możliwości. Niby mało, ale jednak dużo. Nawet jeśli niewiele z tego wyniknie.

Doceniam wysiłek księży i świeckich w mojej parafii. Niektóre dzieła idą świetnie, inne gorzej. To chyba normalne. Są rzeczy, które mnie wkurzają. Raczej nie szukam tu wsparcia duchowego. Pewnie nie ja jedna tak mam. Ale mam to szczęście, że nakładają mi się relacje sąsiedzkie i parafialne. Dzięki temu czuję się częścią luźnej – ale jednak wspólnoty. W końcu razem żyjemy i razem się modlimy.

Czy mam zaufanie do tego lokalnego Kościoła? Jakieś mam – ma twarze i imiona konkretnych osób, które starają się go budować. Trudno je wymierzyć, może nawet trudno zauważyć. W końcu nie miałam jeszcze okazji, by powiedzieć „sprawdzam”.

Ale może właśnie w tych relacjach działa Duch Święty?
Może tym jest naprawdę Kościół?

***

Inne teksty autorki.
Jeśli podoba Ci się nasz portal i chcesz, żeby dalej istniał i się rozwijał możesz nas wesprzeć wpłacając na ZRZUTKĘ lub na PATRONITE.