Niedawno wracałam z pracy. Przy chodniku zatrzymał się samochód, usłyszałam propozycję podwiezienia. Nie namyślając się długo skorzystałam z niej. Zwłaszcza, że droga była daleka. Przez chwilę wspólnej jazdy rozmawiałam z przypadkowym dobroczyńcą o życzliwości oraz o tym, że trzeba sobie pomagać. Zamyśliłam się trochę nad tą pomocą. I nad życzliwością, bo coraz o nią trudniej. A co by się stało, jakbyśmy zaczęli być dla siebie życzliwi? Chodzi mi o życzliwość w naszej kościelnej wspólnocie. Ostatnimi czasy wydaje się, że zapomnieliśmy o zwyczajnych, ludzkich odruchach. Łapiemy się za słówka, powielamy w nieskończoność niezbyt mądre słowa hierarchów, lubujemy się w plotkach i… Czytaj dalej »
Złość, frustracja i gniew zaczynają nas zjadać, a w serca wlewa się gorycz - żal, że nikt nas nie chce słuchać, a ludzie dalej pozostają słabi i czasem nieudolni.
